POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 80-83

Mała encyklopedia post

Rafał Woś

Post-wzrost. Fetysz, czyli upadek

PKB jako miara wzrostu gospodarczego był wynalazkiem politycznym. Odkąd stał się celem samym w sobie, wiadomo, że trzeba przed nim uciec. Koniecznie. Tylko dokąd?

Ta maszyna wygląda trochę jak toaletowy rezerwuar w rozmiarze XXL. Ma ze dwa metry wysokości, po metrze szerokości i głębokości. Korpus przezroczysty, a w środku połączone ze sobą rurki, zbiorniczki i kraniki. W rurkach płynie woda, która reprezentuje pieniądze. Zbiorniczki i kraniki to sposoby na to, jak je przesuwać: podatki, inwestycje, konsumpcja, oszczędności. Cała konstrukcja o nazwie MONIAC to dokładne odwzorowanie gospodarki. Ma pokazać nawet najbardziej opornemu studentowi ekonomii, skąd się w gospodarce bierze wzrost. I jak nim umiejętnie zarządzać. Na paru zachodnich uniwersytetach zachowało się jeszcze kilka jej kopii. Prototyp zaprojektował i wykonał ekonomista William Phillips. Z tego, co akurat jako student London School of Economics miał pod ręką, np. z kawałków bombowców lancaster z demobilu. Phillips pokazał swój „komputer” kolegom ekonomistom w 1949 r. Spodobał się na tyle, że od razu dostał na LSE etat. Nie mógł trafić w lepszy czas. Zachód wychodził właśnie z wojennej traumy i przeżywał prawdziwe zauroczenie wzrostem gospodarczym. Panowało przekonanie, że wreszcie udało się tego kapryśnego potwora ekonomicznej koniunktury złapać za gardło i zaprząc do pracy na korzyść społeczeństw. Wzrost miał być tego najlepszym wyrazem.

Dziś jest zupełnie inaczej. Wielka spłuczka budzi raczej smutny uśmiech politowania. Wzrost? Tu i ówdzie daje się go jeszcze wycisnąć. Ale od lat rośnie przekonanie, że (przynajmniej w tzw. świecie rozwiniętym) ludzie dochodzą do jego granic. Coraz częściej pojawia się pytanie, jakie będzie życie w świecie po wzroście (bez wzrostu?). Albo nawet: czy takie życie jest w ogóle możliwe?

Skąd: początki wzrostu

Podstawowy problem ze wzrostem polega na tym, że jest to koncepcja, z którą nie bardzo wiadomo co począć. Niechby ona przynajmniej była bardzo stara i sprawdzona przez wiele pokoleń ludzkości. Ale tak nie jest. Z najstarszymi fundamentalnymi koncepcjami ładu społecznego (sprawiedliwość, prawda, postęp) nie ma nawet co wzrostu porównywać. Owszem, nietrudno natknąć się na wykresy obrazujące jego tempo w XIII albo XIX w. Ale to raczej statystyczne zgadywanki (specjalizował się w nich zmarły 2010 r. brytyjski ekonomista Angus Maddison).

Prawda jest taka, że o wzroście gospodarczym mówić możemy dopiero od lat 30. XX w. To wówczas urodzony w carskim Pińsku amerykański ekonomista Simon Kuznets (dużo później, w 1971 r., czwarty noblista z ekonomii) przedstawił – na prośbę nowo wybranej administracji Franklina D. Roosevelta – pierwszy rachunek produktu krajowego, znanego dziś pod nazwą PKB. Cel był oczywisty i ściśle polityczny. Wokół szalał wielki kryzys, a demokraci chcieli wyraźnie pokazać opinii publicznej, z jakiego dołka startują i ile przed nimi roboty. Z wyliczeń Kuznetsa wynikało, że między 1929 a 1932 r. PKB USA zmniejszył się o… połowę. Nowy miernik był na tyle prosty (by nie rzec prostacki, o czym za chwilę), że bardzo się spodobał. Sam Roosevelt posiłkował się estymacją PKB, przedstawiając kolejne coroczne budżety federalne. A media były bardzo zadowolone z nowego sposobu pisania o tym, że po wielu trudnych latach gospodarka USA znowu rośnie. Na dodatek, kiedy po wygranej wojnie w świecie Zachodu zaczął panować Pax Americana, PKB szybko stał się jednym z jego atrybutów. Może nie tak wyrazistym jak rock&roll albo hamburgery, ale bezwzględnie kluczowym.

Jak zwykle przestróg nie chciał słuchać nikt. Mimo że głosił je nawet sam twórca rachunku. „Pokazałem, w jaki sposób łatwo obliczyć dochód narodowy, ale proszę, by nie wyciągać z niego zbyt daleko idących wniosków co do faktycznego bogactwa narodów” – mówił w 1934 r. podczas przesłuchania w amerykańskim Kongresie. Kto by się tym jednak przejmował? Jest liczba? Jest! Jest prosty wzór (konsumpcja + inwestycje + wydatki rządowe + saldo handlu zagranicznego)? Jest! No to co za problem?! Zwłaszcza że po wojnie zachodni kapitalizm wchodził we wspomniane już złote lata. Wszystko rosło jak na drożdżach; od 1950 do 1973 r. amerykańska gospodarka w średnim tempie 4 proc. rocznie, francuska i japońska – 5 proc, niemiecka nawet 5,7. Trwało to na tyle długo, że wzrost przestał kogokolwiek dziwić. Niepostrzeżenie stawał się nową normalnością.

Dziś trudno wskazać jednoznaczny moment, w którym wzrost z ważnego, ale jednak informacyjnego wskaźnika stał się fetyszem. Już nie drogą, ale celem samym w sobie. Czy stało się to jeszcze w bogatych we wzrost dekadach 50. i 60.? Czy w latach 70., gdy wzrostu zaczęło brakować? A może w 80. i 90., gdy zapanowało przekonanie, że źródełko znowu bije? Faktem jest tylko to, że wzrost przeistoczył się w bożka. Określająca go liczba już nie otwierała żadnej dyskusji o stanie gospodarki. Ona ją w pełni ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]