POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 2 (2587) z dnia 2007-01-13; s. 27-29

Kraj

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Postęp i Szczęście

W latach 70. Edward Gierek próbował wmówić Polakom, że Polska jest dziewiątą potęgą świata, w której ludziom żyje się coraz bardziej dostatnio. Dzisiaj słychać, że mamy za sobą najlepszy rok od czasu pokonania komuny. A przed nami jeszcze lepsze lata.

Konsekwentnie nakręcająca się propaganda sukcesu pierwszego roku rządu ma wielu swoich autorów i wielu używa instrumentów oraz środków. A do nich należy zarówno ukazywanie sukcesów własnych, jak i klęsk wrogów. Aby bardziej przekonywająco przedstawić siebie jako zwycięzcę, trzeba to czynić na tle symboli świata przegranego. One też służą do tłumaczenia, dlaczego zwycięstwo nie jest jeszcze kompletne i ostateczne; to siły zła bronią się rozpaczliwie. W propagandzie PiS zawsze obecne są więc jednocześnie chwalby na własny temat i oskarżenia wobec przeciwników. Ta dialektyka jest bardzo rozwinięta i może być stosowana na różne sposoby – proste jak drut i bardziej wyrafinowane. Jej ton i jej kierunki podpowiada przede wszystkim Jarosław Kaczyński, ale w głównym nurcie potrafią znakomicie zmieścić się inni politycy PiS, także prezydent, a również wielu publicystów i ideologów IV RP. Metody stosowane w tej nowej propagandzie sukcesu są na ogół proste, ale, jak pokazują wciąż dobre dla PiS wyniki sondaży, skuteczne.

Pierwszy chwyt to pokazanie wad jako zalet. Przejmowanie kolejnych instytucji państwa i wyrzucanie poprzedników to przecież nic innego jak „poszerzanie pola wolności” przez to, że do głosu mogą dojść wreszcie poglądy i osoby, które dotąd były wpływów pozbawione. Konflikty w Unii Europejskiej, pogarszanie stosunków z Niemcami sprzedaje się z kolei jako „zwiększanie suwerenności kraju” i skończenie z polityką zagraniczną prowadzoną na kolanach. Tych, którzy próbują mówić o pragmatyce, skuteczności, procedurach, PiS szachuje wartościami z najwyższej półki – wolność, suwerenność, honor – ustawiając swoich przeciwników na pozycjach nudnych technokratów bez patriotycznego polotu.

Metoda druga: sukces polega na tym, iż nie ziściły się katastroficzne przepowiednie tyczące rządów PiS. Gospodarka kwitnie, bezrobocie spada, państwo jest w dobrym stanie. Tyle tylko, że te kasandryczne przepowiednie na temat rządów PiS przede wszystkim dotyczyły groźby zawłaszczania państwa, upartyjnienia wszelkich instytucji, instrumentalizowania wymiaru sprawiedliwości, podważania autorytetu najważniejszych konstytucyjnych organów, wprowadzania atmosfery podejrzliwości, oskarżeń i rozliczeń. A w tych przypadkach złe wróżby potwierdziły się aż nadto.

I wreszcie metoda trzecia: sukces polega już na tym, że władza PiS trwa mimo kłód rzucanych pod nogi. Rozumowanie jest tu rozbrajająco proste: skoro ten rząd chce dobrze, to samo jego trwanie jest sukcesem Polski. Tym bardziej że jego upadek doprowadziłby do przejęcia władzy przez PO i SLD, a więc imperium zła. W korzystnym świetle jawią się tu wszyscy, którzy rząd PiS podtrzymują, a więc nawet egzotyczni koalicjanci, których PiS musi tolerować, stając się męczennikiem za dobrą sprawę.

Wedle premiera zatem 2006 r. był wielkim sukcesem: „Możemy powiedzieć uczciwie, że to był najlepszy rok tego siedemnastolecia. Jeżeli chodzi o rozwój gospodarczy, stabilizację gospodarczą, pozycję złotówki, sytuację w eksporcie, który niezwykle szybko rośnie. Był to też rok spokojny społecznie, nie było wielkich strajków, nie było wielkich, gwałtownych wydarzeń tego rodzaju. Był to jednocześnie rok niezwykle niespokojny politycznie”. Można domniemywać, że wszystkie te sukcesy Polski w ostatnim roku trzeba wpisać na konto PiS, tyle że akurat w gospodarce jego rządy niczego nie zrobiły, po prostu politycznie konsumują efekty działań poprzednich ekip oraz lepszej koniunktury ekonomicznej. Również – wieloletniej upartej obecności Leszka Balcerowicza na froncie walki o pozycję złotówki. Kiedy rząd chwali się, że nie było w zeszłym roku większych strajków, to de facto, choć się do tego nie przyzna, dziękuje poprzednim ekipom ze sponiewieranej III RP za prywatyzację państwowych molochów, gdzie takie strajki najczęściej wybuchały.

Jeśli cokolwiek trzeba przyznać na tym polu Jarosławowi Kaczyńskiemu, to tyle, że niczego aktywnie nie popsuł, nie poszedł w gospodarce drogą czysto populistyczną, na co się przecież zanosiło. Ta pasywność czy wstrzemięźliwość ma zatem dobrą stronę, ale też rodzi poważne niepokoje, czy aby nie traci się w Polsce korzystnej szansy na przeprowadzenie głębszych reform skarbowych i finansowych, które są konieczne i których brak niebezpiecznie odłoży się w czasie jako wielki problem państwa i jego obywateli.

Był to więc wspaniały rok w sferze gospodarczej i społecznej, ale nie w politycznej, mówi Jarosław Kaczyński. Do tego akurat nie musi nikogo przekonywać, gorzej jednak wychodzi z odpowiedzią na pytanie: dlaczego tak właśnie było? Ale do czego służy dialektyka? Słyszymy więc, że „mieliśmy do czynienia z nową w polskiej praktyce demokratycznej sytuacją – opozycja nie uznała wyników wyborów. Nie stało się to w formie tak drastycznej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]