POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 36 (3075) z dnia 2016-08-31; s. 52-53

Świat / Esej

Marek Ostrowski

Poszukiwani: Europejczycy

77 lat po wybuchu wojny Europie potrzeba więcej ludzi, którzy na serio biorą swoją podwójną tożsamość – narodową i europejską.

Drugą światową wojnę rozniecono w imię przestrzeni życiowej dla narodu niemieckiego. W pierwszej też wciągano na sztandary hasła narodowe. Historia wciąż ostrzega Europejczyków przed podgrzewaniem narodowych emocji. A właściwie – ich przegrzewaniem.

Gdy podczas konferencji na Sorbonie w 1882 r. Ernest Renan stawiał pytanie: „Co to jest naród?” – na kontynencie ścierały się trzy koncepcje. Jedna polityczna: narodu jako zbiorowiska ludzi żyjących pod tym samym prawem i reprezentowanych przez ten sam parlament. Druga, narodu umowy wolnych obywateli, a nawet codziennego plebiscytu, ludzi świadomie potwierdzających pragnienie wspólnego życia. I trzecia – jedyna naprawdę gorąca i potencjalnie groźna – romantycznej wspólnoty krwi, ofiary Boga, języka i losu.

W tym sensie historia narodów europejskich była mozaiką. W uproszczeniu, we Włoszech, w Niemczech i Polsce to naród budował państwo, a we Francji, Hiszpanii czy Szwecji państwo powstało najpierw, a naród później. Jednak w obu wypadkach elity, zwłaszcza w XIX w., mobilizowały się do budowania tożsamości narodowej. Bo ta tożsamość nie jest tylko naturalnym produktem losów: jest owocem intensywnej pielęgnacji. Wznoszono wielkie instytucje kultury: muzea narodowe, biblioteki, pinakoteki, muzea etnograficzne. Do apelu stawali pisarze. Wybuch Wielkiej Wojny w 1914 r. niemal w całej Europie wywołał entuzjazm narodów, gotowych bronić swego honoru i wielkości. Potrzeba było jeszcze jednej wojny, aby przerażona sobą Europa Narodów zaczęła na serio szukać szerszej tożsamości.

Ojcowie europejskich Wspólnot zaprojektowali maszynerię, która wdrażała nowe integracje stopniowo, metodą małych kroków, przez zniesienie ceł, wspólne standardy techniczne, wreszcie – wspólną walutę i zniesienie granic. Uprawiano gospodarkę, a nie politykę, problemy duszy czy identyfikacji europejskiej zostawiając na boku.

Co pewien czas rósł w siłę ruch federalistyczny. Przywoływano pierwszego prezydenta USA Jerzego Waszyngtona, który prorokował, że pewnego dnia powstaną – jak w Ameryce – Stany Zjednoczone Europy. Ale generalnie kwestii finalité, rezultatu końcowego, instancje europejskie wolały nie poruszać. W latach zimnej wojny dyskurs o Europie przygasł; trzeba było stawić czoło Moskwie. Królowało więc pojęcie Zachodu, włączające Amerykę i dzielące Europę, bo ignorujące jej wschodnią część. O odrębnej tożsamości europejskiej zaczęto otwarcie pisać dopiero w połowie lat 80.

Miłość do buchalterii?

O czymś szerszym od narodu, o europejskim braterstwie ludzi, marzono na długo przed apelem Roberta Schumana z 9 maja 1950 r., którego rocznicę obchodzimy jako Dzień Europy. Na przykład Friedrich Engels, rozczarowany ruchami Wiosny Ludów, pisał w połowie XIX w., że sojusz europejskich rewolucjonistów nie powstaje na papierze, lecz na polu walki. Takie poczucie niedosytu emocji i zaangażowania trwa do dziś. Jacques Delors, długoletni przewodniczący Komisji Europejskiej, narzekał na beznamiętność projektu Wspólnego Rynku. Nie można przecież – mówił – zakochać się w buchalterii.

Dziś sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Głosowanie nad Brexitem dowiodło, że u ogromnej części Anglików potrzeba tożsamości narodowej, poczucia swojskości przeważa nawet nad ich podstawowymi interesami. W niepewnych czasach ci przegrani i zawiedzeni nie widzą w Unii żadnego protektora.Co więc dziś mogłoby stać się budulcem, tworzywem europejskiej wspólnoty?

Potężnym mechanizmem tożsamości są zagrożenia i lęki. Te ułożyły się inaczej nad Morzem Śródziemnym i Północnym, to jasne. Francuski polityk zielonych Eva Joly zaproponowała przed trzema laty, by 14 lipca nie organizować defilady wojskowej w Paryżu, lecz – wobec wspólnych wyzwań – raczej szukać innych manifestacji wspólnoty narodowej i europejskiej. Zaraz ją zakrzyczano, choć wiadomo, że historia i tradycja wojskowa nie jednoczy narodów.

Zresztą nie sposób ułożyć wspólnego podręcznika historii dla krajów unijnych. Na poziomie społeczeństwa masowego – „europejski” znaczy niewiele więcej niż pamiętany ze szkoły termin geograficzny, a szukanie wspólnego mianownika między fińskim eposem Kalevala i maurami andaluzyjskimi jest ćwiczeniem wybitnie akademickim. Z tym był zawsze kłopot. Z postaci Karola Wielkiego i jego stolicy Akwizgranu Francuzi i Niemcy uczynili po 1945 r. rozpoznawalny europejski symbol. Ale już znany historyk Jacques Le Goff, ożeniony z Polką, protestował: Karol nie mógł być postacią służącą wspólnej tożsamości nie tylko dla Polaków, ale i dla Brytyjczyków, Szwedów czy Portugalczyków.

W czasach pokoju narody spajane są przez wspólne instytucje. Daniel Cohn-Bendit, gorący zwolennik federacji europejskiej, wierzył, że pół miliarda Europejczyków mogłoby w powszechnych wyborach wyłaniać prawdziwego przywódcę, a nieznajomość języka narodowego nie paraliżowałaby kampanii wyborczej. Wyborcy doceniliby zaangażowanie i żarliwość kandydata. Wiara taka wydaje się naiwna, wręcz dziecinna. Dziś trudno wyłonić prawdziwy autorytet polityczny nawet na skromnym poziomie narodowym, cóż dopiero szerszym.

Również polityczna Bruksela nie zbudowała ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]