POLITYKA

Poniedziałek, 25 czerwca 2018

Polityka - nr 35 (2720) z dnia 2009-08-29; s. 78-80

Ludzie i obyczaje

Joanna Podgórska

Prawa natury

Łamanie ustawy o ochronie przyrody to dla polskich organów ścigania kwestia pośledniej kategorii. Większość takich spraw jest umarzana.

Andrzej Wiercioch, łódzki regionalny konserwator przyrody, który w branży pracuje od 20 lat: – Nie przypominam sobie sprawy, w której kogoś by ukarano. Najwyżej pouczono, pogrożono. Mamy dobre prawo, można powiedzieć, że wręcz restrykcyjne, zwłaszcza od czasu przystąpienia do Unii Europejskiej, ale to czysta teoria.

Za spowodowanie znacznej szkody w świecie roślinnym lub zwierzęcym kodeks karny przewiduje od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Podobne kary grożą za przetrzymywanie czy handel gatunkami chronionymi (ustawa o ochronie przyrody). W razie zniszczenia terenów objętych programem Natura 2000 prawo nakazuje przywrócić je do stanu poprzedniego, co wiąże się z potężnymi kosztami. Grzywny za wycięcie drzewa bez zezwolenia są liczone od centymetra obwodu pnia, mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w latach 1999–2007 za łamanie ustawy o ochronie przyrody skazano dwie (!) osoby – na karę grzywny. Prawomocnych wyroków za przestępstwa przeciw środowisku zapisane w kodeksie karnym zapada około 60 rocznie, ale z tego tylko kilka o powodowanie znacznych szkód w świecie roślinnym lub zwierzęcym. Niestety, to nie znaczy, że Polacy z takim pietyzmem odnoszą się do natury. Znaczy to, że niszczenie środowiska uważa się u nas za czyn o niskiej szkodliwości społecznej.

Bo burza łby pourywała

Pracownikom Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Łodzi zapadła w pamięć sprawa masakry kormoranów czarnych w rezerwacie Jeziorsko. Student biologii, który prowadził tam obserwacje, zgłosił, że ktoś zniszczył gniazda lęgowe tych ptaków. Wymordowano ich ponad 200, miały poobrywane głowy i nogi. Wpłynęło także doniesienie, komu kormorany przeszkadzały w interesach i kto chodził po wsi, zagadując bezrobotnych, czyby się nie podjęli likwidacji gniazd. Nie wyglądało to na zwykły akt wandalizmu. Komuś musiało się chcieć przeprawić na drugi brzeg rzeki z drabinami, poobcinać głowy pisklętom, zniechęcić dorosłe ptaki do powrotu. Policja w Sieradzu wszczęła śledztwo, przeprowadziła przesłuchania i doszła do wniosku, że sprawcą masakry kormoranów była burza. Głównym argumentem na potwierdzenie tej hipotezy był artykuł z „Dziennika Łódzkiego”, w którym dyrektor wrocławskiego zoo Antoni Gucwiński skarży się, że Wrocław w wyniku huraganu stracił 100 piskląt czapli. Powołano biegłego z wrocławskiego zoo, który co prawda Jeziorska na oczy nie widział, ale porównał materiał ze śledztwa z materiałem z archiwum ogrodu zoologicznego i stwierdził, że faktycznie, winne mogą być burza i wichura. Śledztwo umorzono.

Miałem wrażenie, że ktoś robi ze mnie wariata – wspomina Andrzej Wiercioch. – Burza, która odcina głowy i nogi pisklakom? Zjawisko atmosferyczne o niezwykłej precyzji, które ogranicza się do powierzchni 30 arów i niszczy wyłącznie gniazda kormoranów, pozostawiając inne gatunki w spokoju?

W ostrym tonie napisał zażalenie do Prokuratury Okręgowej w Sieradzu. Po wznowieniu śledztwa policja uznała, że sprawcą masakry najprawdopodobniej był jednak człowiek. Tym razem umorzono je ze względu na niewykrycie sprawców. Dwa lata temu zgłosił do prokuratury doniesienie o przestępstwie; z broni śrutowej zastrzelono samicę orła bielika. Do tej pory nie ma odpowiedzi.

W żadnej ze spraw nie byliśmy proszeni jako eksperci, rzadko jesteśmy dopuszczani jako strona w procesie – mówi Andrzej Wiercioch. – Może to i lepiej; człowiek się mniej denerwuje. Pamiętam rozprawę o wycięcie pomnika przyrody bez zezwolenia. Sędzia stwierdziła, że sprawca na pewno dostałby zgodę, gdyby o nią wystąpił. A że wyciął trochę wcześniej… To jest rozumowanie na zasadzie: wszyscy umrzemy, więc co z tego, że ktoś kogoś trochę wcześniej zamordował.

Bo to zwykłe ptaki były

Drobniejszych spraw, typu wycinka drzew w okresie ptasich lęgów, już nawet nie zgłaszają. Wiadomo, że będą umorzone od ręki. Ostatnio we wsi Kaletnik, gmina Koluszki, wycięto kilka starych lip w środku sezonu lęgowego. Wcześniej powinno się sprawdzić, czy nie ma na nich gniazd. – A skąd wiadomo, że są? Założyliśmy, że nie ma – tłumaczy zastępca burmistrza Bogusław Bubas, który podjął tę decyzję. Podobno fakt nieobecności gniazd ustaliła urzędniczka gminy. Poprzez zadarcie głowy pod lipą. Gdy Ewelina Siudak, z łódzkiego RDOŚ, dotarła na miejsce, zastała kupę pociętych gałęzi. Nie sposób już nic stwierdzić. A więc pełna bezkarność.

W komendach policji patrzą na nas, jakbyśmy się z choinki urwali albo przyszli, żeby utrudniać ludziom życie – mówi Ewelina Siudak. Jej zdaniem podstawowy problem to brak wiedzy na temat ochrony przyrody w policji i prokuraturze. Bywa, że policji mylą się ustawy o ochronie przyrody i o ochronie zwierząt, która ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]