POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 44-47

W poszukiwaniu prawdy

Agnieszka Krzemińska

Prawda historyczna

Badacz przeszłości ma niełatwe zadanie, jeśli źródeł jest za mało. Ale i gdy jest ich więcej, bywa w kropce, bo te materialne milczą, a tekstowe kłamią. W dodatku lubimy się oszukiwać, szczególnie jeśli w grę wchodzi poczucie dumy, prestiż i siła.

Jak powiedział w rozmowie z POLITYKĄ (8/17) prof. Andrzej Friszke, gdy dziś jakiś historyk próbuje prostować kłamstwa, podając fakty, druga strona mówi, że wyraża opinie, i zapewne ma w tym swój interes. Pozbawieni autorytetów, mając do dyspozycji internet, w którym znajdziemy potwierdzenie każdej bzdury, jesteśmy dziś zagubieni i zdani na siebie, więc wybieramy to, co nam bardziej pasuje, jest łatwiejsze do zrozumienia, bardziej przemawiające. Post-prawda to rzeczywiście nowe zjawisko, ale już historyczne kłamstwo, manipulacje i fałszerstwa mają długi żywot. I to bardzo.

Prawda i fałsz

Od dzieciństwa uczymy się odróżniać prawdę od kłamstwa, ale z wiekiem zauważamy, że nie zawsze są one jednoznaczne. Niby, jak pisał Arystoteles, prawdziwe jest mówienie o tym, co istnieje, że jest, a o tym, czego nie ma, że tego nie ma, ale już interpretacja tego faktu może być różna. Dotyczy to wszystkich dziedzin życia, bo założenia, że coś jest pewne i prawdziwe, leżą u podstaw religii, kultur i obrazu przeszłości. Przekonanie, że kiedyś miały miejsce takie a nie inne wydarzenia, żyli tacy a nie inni bohaterowie, kształtuje poczucie tożsamości, stanowi punkt odniesienia, wzór do naśladowania, legitymację władzy, daje siłę i pieniądze.

Pierwsi depozytariusze wiedzy o przeszłości nie przekazywali suchych faktów, ponieważ bez pisma byli zdani jedynie na zawodną pamięć. Przekazywane z ust do ust i z pokolenia na pokolenie opowieści o czynach przodków wyolbrzymiano, opakowywano narracyjnie, fantastycznie ozdabiano, czego przykładem są homeryckie eposy spisane kilkaset lat po wojnie trojańskiej. Później skrybowie i kronikarze zapisywali wydarzenia, ale, chcąc nie chcąc, bywali subiektywni, ponieważ służyli władcom lub kapłanom, sympatyzowali z jakąś siłą polityczną, powtarzali plotki i pomówienia. W ten sposób w źródła wkradały się nadinterpretacje i mistyfikacje. Zadaniem historyka jest ich znalezienie. Jerzy Kolendo, wybitny polski starożytnik, pisał jednak, że problematyki historycznej nie należy traktować w kategoriach dychotomicznych prawdy i kłamstwa, bo to sugeruje wiarę w osiągnięcie prawdy obiektywnej, która nie istnieje. „Badacz nie powinien oceniać jak sędzia, tylko próbować zrozumieć pobudki, jakie doprowadziły do powstania fałszerstwa, jako zjawiska, które należy rozpatrywać nie tylko w kategoriach psychologii jednostkowej, lecz również jako praktykę społeczną”. Sprokurowane fakty często miały jakąś ważną funkcję społeczną.

Herosi i potwory

Winston Churchill stwierdził, że dzieje piszą zwycięzcy, ale tak naprawdę to dostęp do pisma dawał możliwość kreowania historii. Starożytni Egipcjanie wierzyli wręcz, że wszystko, co wyryte w kamieniu, staje się faktem, a co wymłotkowane, przestaje istnieć. Weźmy bitwę pod Kadesz, stoczoną na początku XIII w. p.n.e. między wojskami Ramzesa II a amią hetycką króla Muwatalisa II. Faraon chciał odzyskać wpływy w Syrii, w której panoszyli się Hetyci. Z relacji na ścianach świątyń Ramzesa II wynika, że nad Orontesem wygrał on bezapelacyjnie. Rzeczywistość była jednak inna – 20 tys. Egipcjan stanęło przeciwko 44 tys. Hetytów; po ataku 3700 hetyckich rydwanów na jedną z dywizji egipskich faraon przystąpił do kontrataku. Nie przyniósł on jednak zwycięstwa, skoro wrogie armie rozeszły się na drugi dzień bez rozstrzygnięcia, a Egipt stracił wpływy w Syrii. Bitwę dobrze dokumentują źródła hetyckie i egipskie, ale tylko ich porównanie daje pełen obraz tego wydarzenia i jego konsekwencji.

Długo nikt nie miał odwagi kwestionować czynów bohaterów, wytykając im wady czy błędy. Często usprawiedliwiano przywary lub przymykano na nie oko (np. na słabość do używek Aleksandra Wielkiego czy do kobiet Juliusza Cezara), bo każda rysa na wizerunku półbogów czy nadawanie im ludzkich cech wydawały się szarganiem świętości. Na to nakładało się jeszcze przekonanie o istnieniu mitycznych czasów, gdy ludziom żyło się lepiej.

Od renesansu, kiedy badacze zaczęli krytycznie traktować teksty historyczne (w tym i przekaz biblijny), zaczęła się weryfikacja wizji przeszłości, ale mit złotego wieku nadal pokutował. I dziś krążą opowieści o tym, że kiedyś zdrowiej się odżywiano (choć większość głodowała i podtruwała się zepsutym jedzeniem), życie trwało dłużej (choć średnia wieku stale rośnie) i nie istniały choroby cywilizacyjne (choć znaleziska dowodzą, że na raka zapadano już w starożytności). Bohaterem i wrogiem zostawało się na wieki, nawet jeśli role te były sztucznie wykreowane. Oczernianie przeciwników lub znienawidzonych poprzedników na tronie było sprawdzoną bronią – dawało przewagę w walce politycznej, umożliwiało podkreślenie własnych zalet lub tłumaczyło własne zbrodnie (np. krwawe podboje).

Weźmy Włada III Palownika, zwanego Drakulą (1431–76), ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]