POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 52-55

W poszukiwaniu prawdy

Marcin Rotkiewicz

Prawda zmanipulowana

Istnieje jeszcze obszar świadomego manipulowania niewiedzą odbiorców, co można zobrazować przykładami ze styku polityki i nauki.

We wrześniu 2016 r. ceniony międzynarodowy tygodnik „The Economist” poświęcił swoją okładkę post-prawdzie. Redaktorzy pisma zdecydowali się na taki krok pod wrażeniem dezynwoltury, z jaką Donald Trump – wówczas jeszcze kandydat na przywódcę najpotężniejszego mocarstwa świata – traktował fakty. Mówił np. o rzekomo sfałszowanym świadectwie urodzenia Baracka Obamy czy jego twórczym wkładzie w powstanie Państwa Islamskiego (ISIS).

W artykułach na łamach owego wydania „The Economist” dwa razy pojawił się też polski rząd. Publicyści tygodnika przypomnieli, że politycy Prawa i Sprawiedliwości dołożyli swoją cegiełkę do budowy świata post-prawdy, lansując z uporem i wbrew faktom tezę o rosyjskim zamachu na samolot wiozący w 2010 r. do Smoleńska polską delegację z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele.

Nauka smoleńska

Wątek polski jest o tyle ciekawy, że PiS postanowiło na sporą skalę zaangażować do spiskowej narracji i politycznych rozgrywek naukę. Jeszcze przed objęciem w 2015 r. rządów współorganizowało ono tzw. konferencje smoleńskie z udziałem naukowców, w tym wielu z tytułami profesorskimi. Zaś po sformowaniu gabinetu premier Beaty Szydło Ministerstwo Obrony Narodowej powołało do życia specjalną podkomisję oraz tak zmieniło przepisy, by mogły w niej zasiąść osoby niemające doświadczenia w badaniu wypadków lotniczych i odpowiednich do tego kompetencji, za to wspierające spiskową tezę o zamachu na prezydenckiego tupolewa. Tak powstało zjawisko, które można określić mianem nauki smoleńskiej, czyli hybrydy świata uczonych i polityki, wykorzystującej w celach propagandowych autorytet nauki.

Również w USA, po dojściu do władzy Donalda Trumpa, zaczęto stawiać pytania, czy prezydent nie zacznie wykorzystywać w pokrętny sposób nauki do uzasadniania kontrowersyjnych decyzji lub brutalnie ją atakować, gdy fakty zaczną mu przeszkadzać. Oto bowiem ze stron internetowych Białego Domu zaczęły znikać informacje dotyczące globalnego ocieplenia, a na szefów ministerstw rolnictwa oraz ochrony środowiska zostali nominowani ludzie sceptycznie odnoszący się do zagrożeń związanych ze zmianą klimatu. Wcześniej zaś prezydent elekt przyjął w swoim apartamencie w Nowym Jorku Roberta F. Kennedy’ego Jr., znanego dobrze za oceanem wyznawcę i propagatora spiskowych teorii o rzekomej szkodliwości szczepionek, które miałyby m.in. wywoływać u dzieci autyzm. W świat poszła informacja, że Trump zaproponował mu przewodniczenie komisji ds. szczepień.

Niektórzy publicyści zaczęli wręcz zastanawiać się, czy Trump nie stanie się pierwszym w historii Ameryki antynaukowym prezydentem. Jedno z najpoważniejszych i najbardziej prestiżowych czasopism naukowych, wydawany w USA „Science”, na początku 2017 r. postawił 10 pytań dotyczących nowego prezydenta w kontekście jego stosunku do nauki. Można w związku z tym postawić bardziej ogólne i dramatyczne pytanie: czy nauka nie stanie się jedną z głównych ofiar złożonych przez polityków na ołtarzu post-prawdy. Choć niektórzy publicyści i komentatorzy biją w dzwony na alarm, że tak właśnie się stanie (22 kwietnia w różnych miejscach świata mają się odbyć „Marsze na rzecz nauki”), to zanim do nich dołączymy, warto przyjrzeć się kilku istotnym kwestiom.

1 Podatność na manipulację

Nauka wydaje się znajdować na antypodach politycznych manipulacji i kłamstw. To sfera, gdzie nie ma miejsca na fałsz, bo szybko wychodzi on na jaw. To świat obiektywnie działających praw weryfikowanych przez rzeczywistość. Otóż w nauce nie jest jednak aż tak różowo. Oczywiście łatwiej w fizyce, chemii czy biologii zdemaskować fałsz czy wykazać niekompetencję lub odkryć błąd, ale to nie oznacza, że dostaniemy jasną i rozstrzygającą odpowiedź na każde zadane pytanie. Co tworzy pole do różnych sporów, interpretacji, jak i manipulacji. Przykładem może być dietetyka wskazująca m.in., co i w jakich ilościach powinniśmy jeść, by zachować zdrowie. Jej poważne problemy wynikają przede wszystkim z ogromnego skomplikowania działania ludzkiego organizmu i trudności, przed którymi staje badacz próbujący analizować wpływ tego, co spożywa człowiek przez kilka dekad swojego życia oraz oddzielenie żywności od innych czynników.

Uczeni też często się spierają. To zaś rodzi pole do nadużyć w prezentowaniu opinii specjalistów. Czasami bowiem owe dyskusje dowodzą, że nie znamy jeszcze dobrej odpowiedzi na zadane pytanie. Innym zaś razem większość specjalistów w jakiejś dziedzinie może osiągnąć konsens, za którym przemawiają wyniki licznych i rzetelnych badań. Mniejszość potrafi jednak nadal go kontestować i być krzykliwa oraz przekonująca w mediach. Można podać sporo przykładów sytuacji, kiedy dziennikarze sadzali naprzeciw siebie dwóch naukowców głoszących sprzeczne tezy, a gdy kończyła się dyskusja, zamykali ją nieśmiertelnym stwierdzeniem: „Sami państwo widzą: wśród fachowców nie ma zgody”. Tyle że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]