POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 21 (3111) z dnia 2017-05-24; s. 19-21

Polityka

Rafał Kalukin

Prawdziwki i przebierańcy

Na medialnym zapleczu PiS ponoć czai się piąta kolumna. Nie wiadomo tylko, po której stronie frontu. W wojnie „Gazety Polskiej” z tygodnikiem „wSieci” chodzi o pieniądze i wpływy. I jeszcze o prawicową duszę.

Spośród piętrzących się konfliktów wewnątrz obozu władzy ten rezonuje najgłośniej. Bo rozgrywa się na widoku publicznym. Powraca regularnie w agresywnych kampaniach, w których wodzireje obu obozów coraz mniej się ograniczają. Wywołują przy tym konsternację w szeregach ludu pisowskiego, do tej pory karmionego prometejskimi pozami przybieranymi przez liderów obu formacji w ich kabotyńsko-grafomańskich wstępniakach.

Konsternację tym większą, że na medialnym zapleczu PiS akurat środowiska Tomasza Sakiewicza oraz braci Michała i Jacka Karnowskich raczej powinno łączyć dobre sąsiedztwo. Ale to złudzenie. Tak naprawdę są awersem i rewersem prawicowej monety. Tylko jeden może się znaleźć na wierzchu.

Kto wykańcza PiS?

Do tej pory obszarem sporu były wpływy w TVP. A przy okazji sprawy Misiewicza, konflikt sięgnął wyższych pięter. Postawiono zasadnicze pytanie: ile Macierewicza w PiS?

Media Karnowskich („wSieci”, wPolityce.pl) sekundowały Kaczyńskiemu w usuwaniu ulubieńca szefa MON. Zaś media Sakiewicza („Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”, Niezależna.pl) kontestowały decyzję kierownictwa. Samego Misiewicza – którego Sakiewicz uznał za „piekielnie medialnego” – zatrudniła kontrolowana przez ludzi z kręgu Gapola (jak się potocznie mówi o „Gazecie Polskiej”) TV Republika.

I tak oto flagowe media władzy wzięły się za łby. Michał Karnowski sugerował, że „zaczyna się gra na wyprowadzenie PiS na twarde skały”, której celem jest „zmuszenie do odejścia Kaczyńskiego”. I że tę grę podjęli ludzie z „Gazety Polskiej”. Sakiewicz odparował, że to Karnowscy realizują „szatański plan służb” polegający na skłóceniu prezesa z ministrem obrony.

Posypały się donosy. Że Karnowscy zatrudniają ludzi z przeszłością w TVN 24 i TOK FM. Że ojcem chrzestnym dziecka Sakiewicza jest Macierewicz. Najbardziej osobliwy materiał ukazał się na portalu wPolityce – rozmowa ze „znaczącym i dobrze zorientowanym politykiem PiS”. Miał on stwierdzić, że Sakiewicz tylko pozornie broni Macierewicza, a w rzeczywistości gra na siebie. Prowokuje rozłam w PiS, aby „przejąć masę upadłościową” i stanąć na jej czele. Jeszcze nie dziś, ale „tuż przed wyborami uderzą”.

Wiadomo, że prezesowi takie sygnały zapadają w pamięć. Sakiewicz natychmiast więc przypomniał, że gdy po Smoleńsku grupa umiarkowanych (utworzyli później PJN) próbowała zmarginalizować prezesa, to tylko „Gazeta Polska” otwarcie go broniła.

Piotr Lisiewicz, czołowy autor z obozowiska Sakiewicza, nie tak dawno zresztą wyłuszczał, o co w tym chodzi: „Istotą postkomunizmu są przebieranki. Gdy nasz obóz niebezpiecznie rośnie w siłę, ZAWSZE siły systemu starają się w nim stworzyć własną, silną frakcję przebierańców. A przebieraniec nie przestaje być przebierańcem, kiedy się przebierze skutecznie. (…) Zawsze koniec końców wyjdzie jego natura. Zawsze w STRATEGICZNYM momencie”.

Autorzy Gapola chętnie podkreślają, że sami są prawdziwkami. Świadczy o tym 400 klubów organizujących sympatyków prawicy. Podczas gdy klubu „wSieci” nie ma choćby jednego. Choć, paradoksalnie, „Gazeta Polska” poczęła się przed laty z determinacji człowieka, który szczerze gardził odruchami stadnymi.

Ulicznicy po przejściach

Jeszcze w końcówce lat 70. głośnym „Traktatem o gnidach” Piotr Wierzbicki zdobył szlify enfant terrible drugoobiegowej publicystyki. Był generałem bez wojska. Chadzał własnymi ścieżkami, od jednego olśnienia do drugiego, dokumentując kolejne etapy błyskotliwymi pamfletami i książkami. Rozkoszował się rozbijaniem błogostanów, schematów myślowych, środowiskowych przesądów. A że pisał tak, jakby w piórze miał ukrytą laskę dynamitu, został pasowany na radykała. Prawicowego.

Choć po prawdzie więcej w jego tekstach było polemicznego temperamentu niż wywrotowych myśli. Pozbawione awanturniczego naddatku spokojnie mogłyby trafić do antologii umiarkowanie prawicowej myśli lat 80., obok esejów Aleksandra Halla bądź Tomasza Wołka. Tak samo był Wierzbicki antykomunistą, w endeckiej tradycji dostrzegał nie tylko antysemityzm, opowiadał się za prozachodnią orientacją i był zwolennikiem wolnorynkowej gospodarki. A poza tym klasycznym polskim inteligentem, erudytą i melomanem.

W 1993 r. powołał do życia „Gazetę Polską”. Głównie zresztą po to, aby publikować własne teksty. Aby nie zmagać się z redaktorami kalkulującymi co wypada, a co nie. Reszta niewiele go obchodziła. Nie czuł się wychowawcą dziennikarskiej młodzieży. Zresztą „Gazeta Polska” nigdy nie była dobrym miejscem do robienia kariery ani zarabiania pieniędzy. Lgnęli do niej zafascynowani bezkompromisowością Wierzbickiego młodzi prawicowi zadymiarze, niewyżyci jakobini.

Wyróżniał się wśród nich Tomasz Sakiewicz. Był z innej bajki. Oazowiec, po epizodzie w niezbyt cenionym w tych kręgach ZChN. Ale za to z głową do interesów, co bezgłowemu w tych sprawach naczelnemu było na rękę. Awansował więc Sakiewicza, powierzając mu odpowiedzialność za biznesową sferę.

Pod koniec lat 90. Wierzbicki znów wywinął numer. Tym razem swoim wyznawcom. Doznał kolejnego olśnienia i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]