POLITYKA

Sobota, 20 lipca 2019

Polityka - nr 37 (2824) z dnia 2011-09-07; s. 20-24

Raport

Wawrzyniec Smoczyński

Prekariusze wszystkich krajów

Seryjni stażyści, pracownicy tymczasowi, młodzi bezrobotni. W Europie rośnie nowa klasa społeczna bez perspektyw na dobrobyt i awans. Istnieje także w Polsce i ma już swoją nazwę: prekariat.

Polsce wyrosło pierwsze syte pokolenie. Jak wynika z rządowego raportu „Młodzi 2011”, Polacy między 15 a 34 rokiem życia upodobniają się do rówieśników z Europy Zachodniej: są otwartymi hedonistami i namiętnymi konsumentami dóbr, mają luźny stosunek do instytucji małżeństwa, pielęgnują swój indywidualizm, ale chcą też być użyteczni dla ogółu. Relacje z ludźmi cenią na równi z wysokim poziomem życia. Mają wielkie ambicje: chcą mieć dużo pieniędzy, dobre wykształcenie i wysoki prestiż, ale też ciekawą pracę, wartościowe przyjaźnie, barwne życie, a z czasem udaną rodzinę. Już teraz młodzi czerpią z życia pełnymi garściami, a oczekują od niego znacznie więcej.

Za filar przyszłego dobrobytu i szczęścia uznają pracę, ale ze znalezieniem zatrudnienia i zdobyciem dobrej posady mają rosnący kłopot. Młodzi Polacy między 18 a 34 rokiem życia stanowią ponad połowę zarejestrowanych bezrobotnych, a bezrobocie wśród młodzieży jest dwukrotnie wyższe od średniej. Połowa zatrudnionych nie pracuje w&...

Skąd prekariat?

Słowo prekariat pochodzi od łacińskiego precarium, jak w średniowieczu określano ziemię wydzielaną na prośbę biednym chłopom, która podlegała zwrotowi na każde żądanie, oraz proletarius, jak Rzymianie nazywali obywateli najniższej klasy. Dla Karola Marksa proletariat był wyzyskiwaną częścią klasy robotniczej, która nie posiadała środków produkcji i utrzymywała się wyłącznie z własnej pracy. Francuscy socjologowie ukuli jeszcze szerszy termin salariat na określenie grupy pracowników żyjących z pensji (franc. salaire). Prekariat, jak widzą go dzisiejsi socjologowie, to grupa wyzyskiwana w gospodarce usługowej: zatrudniona na niepewnych umowach, za płacę niepozwalającą się utrzymać ani planować przyszłości.

Dajmy wszystkim dochód

Rozmowa z prof. Guyem Standingiem, autorem książki „Prekariat” i byłym dyrektorem programu bezpieczeństwa ekonomicznego w Międzynarodowej Organizacji Pracy

Czy prekariat jest już klasą społeczną?
Na pewno jest klasą w budowie. Wyłania się jako grupa o wspólnej tożsamości, wspólnym poczuciu zagrożenia i utraconej kontroli nad własną przyszłością. To nie jest niechciana podklasa, tylko pożądany efekt działania globalnego kapitalizmu, któremu była potrzebna elastyczna klasa, adaptująca się do zmiennej podaży pracy.

Jak można powstrzymać jej wzrost?
Na początek politycy muszą usłyszeć obawy, które podnosi prekariat, i zacząć myśleć o problemach tej grupy. Każda wielka transformacja, jak rozumiał je Karl Polanyi, polegała na walce nowej, wschodzącej klasy o sprawiedliwszą redystrybucję kluczowych zasobów społeczeństwa. W społeczeństwie przemysłowym chodziło o to, by proletariat otrzymał większy udział w zyskach i większą kontrolę nad środkami produkcji. Dziś żyjemy w innym systemie i trzeba zapytać, jakich zasobów brakuje prekariatowi, by jego członkowie mogli budować sobie dobre życie.

Jakich?
Pierwszy i najważniejszy to poczucie bezpieczeństwa. Dlatego popieram ideę wprowadzenia powszechnego dochodu podstawowego, wypłacanego co miesiąc każdemu obywatelowi. Drugim, czego prekariusze nie mają, jest dostęp do kapitału finansowego. Jesteśmy dziś gospodarkami rentierskimi – produkcja odbywa się w innych częściach świata, a dobrobyt krajów europejskich opiera się na kapitale finansowym, tyle że on należy dziś do niewielkiej elity. Potrzebujemy systemu, który podzieliłby go między społeczeństwo i pozwoliłby oddać prekariatowi należną mu rentę.

Chce pan zabrać bogatym i oddać biednym?
Niewielka mniejszość w naszych społeczeństwach pławi się w poczuciu bezpieczeństwa, tymczasem prekariat nie ma go wcale.

Nie tylko wśród biednych rośnie świadomość, że czas zacząć redystrybuować zyski z kapitału finansowego. Po niedawnej deklaracji Warrena Buffetta, że bogaci powinni płacić więcej, grupa francuskich miliarderów zażądała, by ich mocniej opodatkować. Drugie możliwe źródło to świadczenia i ulgi, które wędrują głównie do klasy średniej i wielkich korporacji. Jeśli przeniesiemy te pieniądze do funduszu dochodu podstawowego, to nie tylko będziemy w stanie go wypłacać, ale zamożni też dostaną swój równy udział.

Czy to będzie jeszcze kapitalizm?
Oczywiście, że tak. Dochód podstawowy nie tylko nie jest sprzeczny z gospodarką rynkową, ale podnosi jej wydajność. To zresztą powód, dla którego wielu liberalnych ekonomistów, wśród nich Milton Friedman na krótko przed śmiercią, poparło naszą inicjatywę. Jeśli mamy poczucie podstawowego bezpieczeństwa materialnego, nasze wybory są mądrzejsze i rozważniej wydajemy pieniądze. Zmniejszenie nierówności sprzyjałoby wzrostowi, rozwojowi i stabilności.

Czy polskim 30-latkom grozi los straconego pokolenia? Dyskutuj na: www.polityka.pl/debata