POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 12-15

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

Premier szyta na miarę

Gdyby szefowa polskiego rządu nagle zniknęła, pewnie mało kto by to zauważył. Nie wnosi niczego własnego, jest figurą zbędną. Ale to właśnie kieszonkowy format Beaty Szydło jest jej największym atutem.

Okutany islamista z kałachem, przestraszona Merkel, ponury Tusk i buńczuczny Macron. Za ich plecami wtopieni w tło obcy o śniadych, wykrzywionych wściekłością obliczach. Oto pogrążająca się w chaosie Europa. Ale na szczęście jest ona. Na głównym planie, w karminowym kostiumie, z nieodłączną broszką. Dumnie spogląda w obiektyw. Prawa dłoń zaciśnięta w pięść dostojnie opiera się na lewej. Okładkowy slogan „Nie złamią nas” zapowiada sześciokolumnowy wywiad z Beatą Szydło w tygodniku „Sieci Prawdy”.

W tym samym tygodniu pani premier – znów w karminowym żakiecie – odbiera w Krynicy nagrodę Człowieka Roku. Tym razem w roli symbolu potęgi polskiej gospodarki. Beznamiętnym tonem powtarza wytarty do spodu frazes o „biało-czerwonej drużynie”. Wspominając – który to już raz? – „kampanijne szlaki” sprzed dwóch lat. Mimo że polska polityka właśnie żyje spektakularną bijatyką ówczesnych drużynowych.

Zgodnie z pisowskim rytuałem podziękuje też „panu premierowi” Kaczyńskiemu, bez którego wizji i determinacji nie byłoby tych wielkich zwycięstw. Każdy inny na jej miejscu akurat teraz darowałby sobie grzecznościowego „pana premiera”. Kilka chwil przed uroczystością prezydencki rzecznik Krzysztof Łapiński oświadczył dziennikarzom, iż o obsadzie MON i innych ministerialnych stanowisk głowa państwa może rozmawiać jedynie z Kaczyńskim. Z miejsca czyniąc nagrodę dla Szydło zjawiskiem memicznym.

Ileż wyrzeczeń potrzeba, aby w milczeniu znosić afronty i udawać, że świeci słońce? I jakiż to kontrast między aranżowanymi twardymi pozami i bijącą po oczach bezradnością szefowej rządu? Ile znaczy „nie złamią nas” w ustach osoby złamanej?

W rankingach zaufania znajduje się w czołówce, choć konkurencja tu raczej mierna. W podzielonej Polsce jedynie prezydent Duda (i to dopiero po ostatnich wetach) może liczyć na minimum akceptacji po drugiej stronie barykady.

Poparcie dla premier Szydło nie ulega większym wahaniom, stale mieszcząc się w przedziale 45–50 proc. (według CBOS). Nieco lepiej od pani premier – zwykle o kilka punktów procentowych – oceniany jest cały rząd. I nic w tym dziwnego, skoro na czele jednego z najbardziej wyrazistych gabinetów III RP stoi bodaj najmniej wyraźny jak dotąd premier. Sama Szydło zna swoje miejsce, określa się kapitanem rządowej drużyny, a selekcjonerem jej zdaniem jest Jarosław Kaczyński.

Wielka nieistotna

Względna osobista popularność Beaty Szydło jest funkcją popularności rządów „dobrej zmiany”. Nie stanowi już zatem istotnej wartości dodanej. Wyborcy PiS niemal jednogłośnie akceptują ją na stanowisku. Ale już tylko co trzeci zwolennik Kukiza. Wśród niezdecydowanych bądź niegłosujących Szydło ma mniej więcej tylu zwolenników, ilu przeciwników.

W coraz większym stopniu traci polityczne znaczenie – wypełnia pewne miejsce, ale nie jest figurą. Tyle że koordynuje administracyjną rutynę i prowadzi posiedzenia rządu. Strategiczne centrum polityczne mieści się jednak poza jej kancelarią. Podejmuje gości z zagranicy i uczestniczy w unijnych szczytach, lecz realizuje tam narzucone wytyczne. Kluczowe spotkania na najwyższym szczeblu już poza protokołem dyplomatycznym odbywa prezes Kaczyński.

Gabinet Szydło to mozaika księstw we władaniu lenników prezesa. Oficjalna hierarchia tworzy fikcję. Rząd od dawna rozdzierany jest wewnętrzną rywalizacją ministrów Morawieckiego i Ziobry. Suwerenny premier rozstawiłby towarzystwo po kątach. Ale pani kapitan wchodzi w sojusz z podlegającym jej ministrem sprawiedliwości, aby zneutralizować również podległego, choć de facto znacznie bardziej od niej wpływowego wicepremiera. Sama, jak się wydaje, w miarę samodzielnie zarządza głównie dwoma resortami: pracy i edukacji.

Pytana o drażliwe kwestie, zazwyczaj wykręca się sianem. Zawsze ma w zanadrzu gotowe formułki („Macierewicz ma wrogów, bo się naraził wpływowym grupom interesów”). Gdy dochodzi do ewidentnego skandalu (jak ostatnio z Autosanem), premier prosi, aby „dać czas oficjalnym organom na wyjaśnienie sprawy”.

Bezradność Beaty Szydło najpełniej objawia się jednak wtedy, gdy pojawia się hasło rekonstrukcji gabinetu. Powraca zresztą regularnie, bo od czasów Tuska to najskuteczniejszy sposób sprowokowania medialnego szumu w celu odwrócenia kota ogonem; w scentralizowanych systemach obsada ministerstw przeważnie jest kwestią drugorzędną. Powiada wtedy pani premier, że zmiany personalne są naturalne, dziś jednak nie ma potrzeby ich przeprowadzania, choć w przyszłości, kto wie, taka potrzeba może zaistnieć.

O tym jednak jest w stanie przesądzić tylko i wyłącznie Jarosław Kaczyński. To prezes ma monopol na recenzowanie ministrów, z czego korzysta intensywnie. Jak na czerwcowym kongresie PiS, gdy Beacie Szydło pokazano tylko krzesło, z którego mogła klaskać. Bez prawa do zabrania głosu.

Koniec końców to jednak ona, a nie prezes, musi potem publicznie objaśniać absurdy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]