POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 42 (2980) z dnia 2014-10-15; s. 63-65

Nauka

Katarzyna Szymielewicz

Prywatność upokorzona

Kto sądzi, że nie ma nic do ukrycia, niech pierwszy pokaże pytania, które zadał internetowej wyszukiwarce w ostatnim miesiącu. A przynajmniej sam uważnie im się przyjrzy.

Żyjemy w społeczeństwie spektaklu, zmuszeni do ciągłej autokreacji i mierzenia się z zewnętrznymi standardami, coraz mniej mamy bezpiecznych przestrzeni, w których wypada pytać i błądzić. Technologiczna mediacja sprawia, że łatwiej podzielić się głęboko skrywaną obawą czy intymnym pytaniem z bezosobową wyszukiwarką niż przyjacielem. Człowiek jeszcze sobie coś pomyśli. Internet, nasz najcierpliwszy powiernik, wszystko zniesie, o nic nie spyta, nie osądzi. Ale wszystko zapamięta.

Jedną z pikantniejszych informacji ujawnionych przez Edwarda Snowdena był wewnętrzny dokument amerykańskiej National Security Agency (NSA) potwierdzający, że pracownicy agencji przeglądają zdjęcia załączane do maili i w związku z tym są narażeni na kontakt z amatorską pornografią. Na to wyznanie internet zareagował raczej śmiechem niż oburzeniem. Naruszenie niespersonalizowanej, bliżej nieokreślonej intymności nie boli. Zupełnie co innego niż nagie zdjęcia powszechnie znanych i podglądanych kobiet, wykradzione z chmury Apple i rzucone na pastwę internetowego forum.

To jedno zdarzenie zrobiło więcej dla cyfrowej edukacji użytkowników internetu niż wszystkie wykłady na kanwie technicznych rewelacji Snowdena. Afera z aktorką Jennifer Lawrence w roli głównej unaoczniła, że umieszczając dane w tzw. chmurze, naprawdę tracimy nad nimi kontrolę. Abstrakcyjne serwery zyskały na realności, a niewidzialni zwykle pośrednicy – tacy jak Apple – na podmiotowości. To od ich polityki i modelu biznesowego zależy, w jakim stopniu nasze dane będą chronione i czy trafią w ręce amerykańskich służb lub na żer internetowych tabloidów. Sami daliśmy im tę władzę i obdarzyliśmy zadziwiającym zaufaniem – nierzadko większym niż w przypadku banków czy ubezpieczycieli. Giganci pokroju Facebooka i Google chętnie z tej władzy korzystają, planując ekspansję w takich obszarach, jak usługi finansowe czy medyczne.

Każdy ruch w internecie zostawia ślad – pozornie nieistotny okruch informacji, który w zestawieniu z tysiącem innych staje się niebezpiecznie znaczący. Z historii naszych kliknięć i lokalizacji można wyczytać więcej niż z przechwyconego zdjęcia czy wiadomości. O czym marzymy i czego się obawiamy, jakie pomysły chodzą nam po głowie i z kim je konsultujemy, gdzie mieszkamy i robimy zakupy, ile zarabiamy i na co wydajemy pieniądze, gdzie pracujemy i odpoczywamy, dokąd i z kim podróżujemy. Przed pośrednikami, którzy czynią nasze cyfrowe życie szybkim i przyjemnym, nie mamy tajemnic. Czy to oznacza, że prywatność po prostu się skończyła? Bynajmniej. Mimo że obiektywnie ochrona prywatnych informacji jest coraz trudniejsza, wartość i potrzeba zachowania kontroli nad tą sferą wzrasta wprost proporcjonalnie do trudności. Dlatego coraz więcej mówi się o globalnej wojnie, w której stawką jest właśnie informacja.

Spór o prywatność zaczyna się już na poziomie definicji: można ją postrzegać jako wartość, normę społeczną i prawną, kod kulturowy, ale też obiektywny stan kontroli lub jej braku nad tym, co nas obnaża w wymiarze społecznym. Z tym ostatnim aspektem rzeczywiście jest kłopot, skoro coraz więcej newralgicznych danych powierzamy innym osobom i instytucjom. To nie zmienia jednak faktu, że nadal mamy prawo do prywatności. Ani tego, że jej znaczenie dla naszego funkcjonowania w społeczeństwie raczej rośnie, niż maleje. Nie dlatego, że mamy więcej do ukrycia, ale przede wszystkim dlatego, że mamy coraz więcej twarzy do pokazania i tożsamości, którymi musimy zarządzać.

Tak zniuansowane podejście do prywatności proponuje Daniel Solove, profesor prawa z George Washington University Law School. Jego zdaniem istotą prywatności nie jest zachowanie konkretnej informacji w tajemnicy, ale możliwość zarządzenia jej ujawnieniem – zdecydowania, co i komu chcemy w danym momencie pokazać. Dlatego nie ma żadnej sprzeczności między dzieleniem się intymnością z grupą internetowych znajomych a potrzebą zachowania prywatności. Im bardziej to, co publiczne, jest świadomą kreacją, tym większą wartością staje się ochrona informacji, które nie pasują do tego wizerunku.

Kontrolowanie przepływu informacji, która oddziałuje na to, jak jesteśmy postrzegani, nie jest jednak proste ani oczywiste. Najciekawsze badania nad sposobami radzenia sobie z tym zadaniem wśród dzieci i młodzieży aktywnej w internecie od lat prowadzi amerykańska uczona dannah boyd (oryginalna pisownia pseudonimu autorki niedawno opublikowanej książki „It’s complicated”). Dla badanych przez boyd młodych ludzi sprawne żonglowanie cyfrowymi maskami jest warunkiem przetrwania w grupie koleżeńskiej. Ceną za popularność, a nawet akceptację, jest autokreacja. Nie jest jednak tak – jak kilka lat temu sugerowała Sherry Turkle, inna autorka analizująca życie w sieciach społecznościowych – że internet otworzył przestrzeń do łatwego kształtowania bardziej atrakcyjnych tożsamości. Różne światy, w których funkcjonują młodzi ludzie, przenikają się – te same osoby, które widzą się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]