POLITYKA

Wtorek, 23 lipca 2019

Polityka - nr 45 (2375) z dnia 2002-11-09; s. 20-22

Temat tygodnia / Kogośmy wybrali

Janina Paradowska

Przegrani zwycięzcy

Uroda tegorocznych wyborów samorządowych polega na tym, że każdy może ogłosić jakieś zwycięstwo – z wyjątkiem Państwowej Komisji Wyborczej, która poległa na komputerowych łączach.

Szczęśliwie PKW udało się obliczyć po kilku dniach frekwencję. Okazało się, że wyniosła ona ponad 44 proc., czyli zmieściła się w polskiej normie samorządowej. Udało się też ogłosić w terminie, kto przechodzi do drugiej tury, dzięki czemu kandydaci na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast mogli wznowić kampanię.

Podstawowe rozstrzygnięcia polityczne są już jednak znane. Koalicja SLD-UP ma kilka powodów do świętowania sukcesu. Przede wszystkim ten, że generalnie wygrała zarówno w powiatach jak i w sejmikach wojewódzkich, przeprowadziła też największą liczbę kandydatów do drugiej tury wyborów bezpośrednich. Za tym sukcesem można ukrywać prestiżowe porażki w dużych miastach. Prawo i Sprawiedliwość szturmem wzięło Warszawę (dokończy efektownie dzieła 10 listopada, gdy Lech Kaczyński ostatecznie zostanie prezydentem stolicy), zupełnie dobrze wypadło na Mazowszu i w kilku innych regionach i na dodatek pogrążyło Jana Rokitę w Krakowie, któremu Zbigniew Ziobro odebrał pewną drugą turę, do której zresztą sam też nie wszedł. Ponieważ ...

Nowy układ warszawski

Lech Kaczyński, który zapewne wygra wybory na prezydenta Warszawy (analitycy przewidują, że może uzyskać nawet ponad 70 proc. głosów), stanie oko w oko z Radą Warszawy, której skład będzie taki: Prawo i Sprawiedliwość – 25 mandatów, SLD-UP – 20, PO – 8, LPR – 6, Komitet Julii Pitery – 1. Może więc szukać większości w radzie, zawiązując koalicję z LPR i Komitetem Pitery, tworząc tym samym zupełnie nowy układ warszawski, albo z PO, ale wówczas częściowo wchodzi w stary układ, z którym walkę uczynił niezbyt przezornie swym głównym hasłem. Może też uznać, że będzie silny poparciem obywateli, nie potrzebuje większości w radzie, wystarczą mu mandaty PiS. Konsekwencją może być jednak nieuchwalenie budżetu, brak statutu miasta (statut musi być zresztą konsultowany z premierem). Prezydent może wprawdzie rządzić bez uchwalonego budżetu, w oparciu o prowizorium, ale nie może wówczas przesuwać pieniędzy między poszczególnymi pozycjami, a więc na przykład reagować w przypadku sytuacji awaryjnych. Bezpieczniej jest więc koalicję zawiązać, mieć budżet i statut.

Tym bardziej bezpiecznie, że PiS uzyskało wprawdzie dobre wyniki w radach dzielnic, ale też musi zawiązywać w nich koalicje i nie wszędzie do większości wystarczy LPR. Wydaje się, że Lech Kaczyński nie w pełni zna nowy ustrój Warszawy i nieco inaczej wyobrażał sobie rządzenie. Po wyborach na przykład oznajmił, że mianuje burmistrzów dzielnic. Otóż prezydent Warszawy nie ma prawa do mianowania burmistrzów, bowiem wybierają ich rady dzielnic (aby posadzić swoich, trzeba mieć więc większość, czyli koalicję, a więc jakiś układ). Można wprawdzie ustanowić własnych dyrektorów urzędów dzielnicowych i pozostawić rady dzielnic w charakterze niepotrzebnej ozdoby, ale wcześniej czy później będzie z tego niezła polityczna awantura.

Nie jest zresztą przesądzona przyszłość ustroju stolicy. Ustawa warszawska została zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego i ciągle czeka na werdykt. Może się więc okazać, że w Warszawie w ogóle nie są potrzebne bezpośrednie wybory prezydenta, które się odbyły, potrzebne są natomiast bezpośrednie wybory burmistrzów, których nie było. Taki scenariusz jest mało prawdopodobny, ale spekulacje, że jednak byłby możliwy, ostatnio znów odżyły. Nie jest też przesądzona długość sprawowania mandatu przez Lecha Kaczyńskiego, bowiem gdyby w drugiej instancji przegrał proces z Aleksandrem Gudzowatym, mógłby stanowisko stracić. W każdym razie w tej kwestii może rozgorzeć spór. Samo wygranie wyborów w Warszawie jest więc dopiero początkiem drogi.