POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 21 (3060) z dnia 2016-05-18; s. 22-24

Społeczeństwo

Paweł Walewski

Przychodzi prokurator do lekarza

Czy można lekarzowi wybaczyć błąd? Gdzie się kończy heroiczna próba ratowania życia, a zaczyna przestępstwo?

Dr Henry Marsh, wybitny brytyjski neurochirurg, wyszedł z sali operacyjnej przygnębiony. Los 40-letniego mężczyzny, którego przed chwilą operował, wydawał się pewny: śmierć albo ciężkie inwalidztwo. Podczas wydłubywania guza wystąpiło niespodziewane krwawienie z tętnicy podstawnej mózgu. Dr Marsh nie wiedział, jak do tego doszło, być może drasnął przez przypadek jedną z gałązek naczynia i ranka otworzyła się pod wpływem wzrostu ciśnienia. Nie zrobił tego z winy niedbałości ani roztargnienia, nie było to też z jego strony celowe działanie. Zdarzyło się coś, czego nie mógł przewidzieć mimo blisko 40-letniego doświadczenia przy setkach podobnych operacji, jakie wykonał. „Taka jest neurochirurgia” – pisze w swojej fascynującej, wydanej właśnie w Polsce książce „Po pierwsze nie szkodzić”.

Dr n. praw. Radosław Tymiński, zajmujący się wyłącznie obroną lekarzy w sprawach sądowych (prowadzi jedną z nielicznych tego typu kancelarii w Polsce), jeszcze książki nie przeczytał, ale dostrzega w niej wielką wartość dla polskich pacjentów: – Kładąc się do szpitala, nawet nie dopuszczamy myśli, że podczas zabiegu lub porodu wszystko może się zdarzyć.

Polowanie na czarownice

Nawet przy prawidłowej ciąży poród to zawsze loteria, podobnie jak każdy inny zabieg. Tylko jak ostrzec pacjenta, by go nie zestresować, a z drugiej strony przygotować na ewentualne powikłania? – To wymaga po prostu rozmowy – mówi dr Agnieszka Konieczna, ginekolog położnik z wrocławskiego szpitala Medfemina. W praktyce jednak chwiejną równowagę między optymizmem a realizmem znaleźć trudno.

Dziś pacjenci wydają się impregnowani na złe wiadomości. Do tego jeszcze w ostatnich latach z różnych przyczyn dramatycznie wzrosła nieufność pacjentów wobec szpitali. Oto nie tak rzadka sytuacja ze szpitala położniczego: aby nagły krwotok nie doprowadził do śmierci matki, trzeba szybko usunąć macicę, by uratować życie. Heroiczna operacja udaje się, ale kilka miesięcy później lekarze zostają pozwani przez rodzinę kobiety, która nie będzie mogła mieć już więcej dzieci. Rodzina nie przyjmuje do wiadomości, że radykalny zabieg był jedyną szansą dla pacjentki, inaczej wykrwawiłaby się na śmierć.

W USA dramatycznie kurczy się liczba położników, bo między innymi tego typu roszczenia odstraszają ich przed wyborem tej specjalizacji (statystycznie amerykański chirurg lub położnik pozywany jest do sądu raz na sześć lat) – u nas niedługo może być podobnie.

Według Radosława Tymińskiego pretensje pacjentów coraz częściej dotyczą zdarzeń, które nie wynikają z błędów personelu. – W wielu wypadkach pokrzywdzeni powinni mieć raczej żal do losu i medycyny, że nie można w niej wszystkiego zaplanować – mówi. Jego kancelaria zajmuje się rocznie setką spraw, z których co piątą uważa za uzasadnioną. To jeszcze nie znaczy, że w ich wypadku doszło do błędu po stronie lekarza, ale faktycznie warto to wyjaśnić, bo było coś na rzeczy. Przy 80 proc. pozwów z góry wiadomo, że nie będzie można nikomu przypisać niestaranności. A jednak trafiają do sądów.

Jeszcze kilka lat temu powszechny był pogląd, że udowodnienie lekarzowi błędu jest w naszym systemie prawnym rzeczą niemożliwą. Szukanie odpowiedzialnych przypominało polowanie na czarownice, a wiele pomyłek uchodziło na sucho. Obecnie liczba pozwów lawinowo rośnie, roszczenia sięgają milionowych kwot. Zgodnie z najnowszym zarządzeniem prokuratora krajowego wkrótce zostanie powołany krajowy koordynator ds. błędów medycznych, a zaniedbania w leczeniu będą rozpatrywane w prokuraturach regionalnych (dawniej apelacyjnych) przez oddzielne zespoły. W Warszawie, gdzie taka komórka właśnie się tworzy, pracować ma czterech śledczych – przejmą najtrudniejsze z ok.  50 postępowań, jakie toczą się na niższych szczeblach (w całym kraju toczy się obecnie kilka tysięcy śledztw dotyczących błędów lekarskich i fałszowania dokumentacji). Ma to usprawnić i przyspieszyć postępowanie, by pacjenci nie mieli wrażenia, że ich skargi zamiatane są pod dywan.

W traktowaniu spraw medycznych w sądach wiele się zmieniło, dla pacjenta wejście na tę drogę jest dziś już pozbawione ryzyka finansowego. W innych sprawach konieczność wpłacenia 5 proc. wpisu od wartości przedmiotu sporu powstrzymuje skarżących od pochopnej eskalacji roszczeń, ale w sprawach medycznych sądy z zasady zwalniają pacjentów z wszelkich kosztów. Także pełnomocnicy szybko nauczyli się amerykańskiego podejścia: umawiają się z klientami na 30 proc. wynagrodzenia od zasądzonej sprawy, więc rozdmuchują roszczenia, ile tylko się da. Kiedy pacjent przegrywa, w 90 proc. przypadków sądy cedują koszty postępowania na Skarb Państwa. Ostatecznym płatnikiem zasądzonych wyroków są wszyscy podatnicy. Czyli my, pacjenci.

Grzebanie w papierach

Dla lekarza proces oznacza zobowiązanie idące w latach. Jeś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]