POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 7 (2232) z dnia 2000-02-12; s. 3-9

Raport

Barbara PietkiewiczAgnieszka Niezgoda  [wsp.]Justyna Kapecka  [wsp.]

Przyjaźń to zwierzę żyjące parami

Walentynkowy obyczaj, który zakorzenia się w Polsce ze swoimi ckliwymi dekoracjami, wywołuje co roku masowe rozważania nad chemią miłości, męką zakochania, urodą flirtu. My poddajemy tym razem pod rozwagę przyjaźń. Rodzaj związku między dwojgiem ludzi i zadziwiająco podobny, i skrajnie różny od miłości. Czy można nauczyć się przyjaźni? Jak odróżnić przyjaźń od sympatycznej znajomości? Czy da się zbudować przyjaźń na gruzach miłości? Czego oczekują od przyjaciół Amerykanie, a czego Polacy? A przede wszystkim: czy prawdziwa przyjaźń w świecie przenikniętym pragmatyzmem wciąż jeszcze istnieje?

„Jeśli chcesz, by ktoś cię lubił – bądź miły, udawaj, że i ty go lubisz, okazuj zainteresowanie rzeczami, którymi on się interesuje. Spokojnie udzielaj pochwał, bądź zgodny” – pisał Dale Carnegie w książce „Jak zdobyć przyjaciół i wpływ na ludzi”. Przetłumaczono ją na 35 języków. Stała się bestsellerem wszech czasów i podręcznikiem dla ludzi pragnących uczyć się przyjaźni.

W istocie przyjaźni wyuczyć się nie można, wszelkie podręczniki o tym traktujące można wyrzucić ze spokojem do kosza. I owszem, przeżywania satysfakcji, radości, nawet szczęścia można się uczyć podsycając w sobie bądź gasząc motywacje działań i nastroje ducha. Lecz nie podlega treningowi tajemnicza więź, która powstaje między dwiema osobami – PRZYJAŹŃ. Tak jak miłość: jest albo jej nie ma.

„Powstaje z zaiskrzenia – pisze Francesco Alberoni, włoski filozof i socjolog. – Może to feromony, nasze zapachy informują się wzajemnie, że systemy immunologiczne mój i twój są podobne albo ciągnie nas ku sobie jakaś inna biologia? Lub też przyjaźń ...

Dlaczego właśnie on, dlaczego ona?

W środowiskach artystycznych, intelektualnych, nawet politycznych istnieją przyjaźnie legendarne, długoletnie, serdeczne. Właściwie wszyscy wiedzą, że Gustaw Holoubek przyjaźni się z Tadeuszem Konwickim, a Hanna Krall z Ryszardem Kapuścińskim. Ale wcale niełatwo wyciągnąć ich na opowieści o tych przyjaźniach.

Gustaw Holoubek:
Tak, przyjaźnię się z Tadeuszem Konwickim, ale jest to coś prywatnego między nami, nie chciałbym tego upubliczniać.

Hanna Krall:
Od wielu lat przyjaźnię się z Ryszardem Kapuścińskim, mam nadzieję, że on ze mną też. Ale nie wypada o tym mówić, to jest jakaś więź intymna.

Juliusz Rawicz:
Mnie nie wypada mówić, że Ryszard Kapuściński to mój przyjaciel. To mistrz, którego niezmiernie lubię i cenię.

Jacek Żakowski:
To byłby nietakt, gdybym powiedział, że przyjaźnię się z ks. Józefem Tischnerem. Gdzie on, a gdzie ja!

Maryla Rodowicz:
Magda Umer to jedna z kilku bliskich osób, życzliwych, dobrych znajomych. Ale ja nie mam żadnego przyjaciela. Chyba dlatego, że brak mi czasu na pielęgnowanie takiej przyjaźni. Przyjaciel, w moim rozumieniu, to ktoś, na kim trzeba się skupić, poświęcać mu czas, spotkać się, porozmawiać, a ja jestem egoistycznie zajęta sobą. Czy rodzina zastępuje przyjaciela? Chyba nie, bo przecież np. z mężem nie da się pogadać o mężu.

Krystyna Janda:
Mam wspaniałego przyjaciela, znam go od zawsze, bo on ma chyba ze 100 lat, chemika Wiktora Szackiego. To była ciągnąca się latami znajomość, która stopniowo się umacniała. On mi imponuje: zajmuje się dziedziną, której ja zupełnie nie rozumiem, wie wszystko o przedwojennym teatrze, na którym się wychował. Ma niezwykłą umiejętność słuchania – rozmowa z nim mnie po prostu kręci! Ja go chyba bawię, ale na pewno jestem też potrzebna: pamiętam, że kiedy oglądał moje „Na szkle malowane”, to buczał jak dziecko. Łączy nas też kilka nadzwyczajnych doświadczeń: jeździł ze mną, kiedy robiłam za granicą badania prenatalne. Poza tym my się zwyczajnie lubimy, coś nas do siebie ciągnie. A jak się kłócimy, to ja mu wymyślam od „starych, wstrę-tnych dziadów”, a on mi od „marnych aktorek”. Rzadko się chyba spotyka takiego kogoś, kto potrafi aż tyle dać.

Jeremi Mordasewicz wiceprezes BCC:
Słowo „przyjaciel” to duże słowo, które się zdezawuowało, dziś często nazywa się tak kumpla. Moja luźna początkowo znajomość z Włodkiem Ehrenhaltem, która zaczęła się kilkanaście lat temu podczas urlopu na Helu, z czasem przerodziła się chyba w przyjaźń. Razem kupiliśmy ziemię i wybudowaliśmy domy, tak więc od 6 lat jesteśmy też sąsiadami. Niezwykle odpowiada mi jego pogoda ducha, otwartość, życzliwość. Ja jestem inny: on zawsze widzi dobre strony, a ja mankamenty. Ale różnica charakterów jest nieistotna. Wspólna musi być hierarchia wartości, cele. Włodek, w przeciwieństwie do wielu biznesmenów, nie pracuje w kieracie. Ma jeszcze prywatne życie: czyta książki, gra w tenisa, jeździ na nartach. Można z nim ciekawie spędzić czas. Poza tym on banalizuje złe detale, tak więc nie zdarzył nam się dotąd żaden sąsiedzki zatarg, wspólne interesy zawodowe nie nadwątliły przyjaźni. Nasza przyjaźń zawiązała się z czasem, a to cenne, bo zazwyczaj ludziom w wieku dojrzałym trudno znaleźć przyjaciół: za bardzo kierują się rozsądkiem a nie emocjami, mają za dużo przyzwyczajeń, oczekiwań.

Ks. prof. Stanisław Musiał:
Nasza przyjaźń liczy sobie prawie ćwierć wieku. Przyjaciel, Darwin, jest Francuzem, historykiem średniowiecza, mieszka w Paryżu. Nie jest chrześcijaninem (ojciec, Amerykanin, ateista, dał mu celowo imię od nazwiska brytyjskiego uczonego). Nasze spotkania to duchowe wędrówki po rzeczywistości, niekiedy zapuszczamy się nawet nieśmiało pod bramy wieczności. Wiemy o sobie, że jesteśmy dla siebie bardzo ważni. A to w przyjaźni jest najważniejsze.

Zbigniew Zamachowski:
(Ja wiem, że to tylko kilka zdań, ale dla mnie to ważna sprawa, muszę się zastanowić. Następnego dnia: Niestety, nic mądrego nie wymyśliłem).
Nigdy nie starałem się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Piotr Machalica jest moim przyjacielem. Być może przyjaźń jest przyjaźnią właśnie dlatego, że tak trudno ją zdefiniować. Poznaliśmy się 15 lat temu. Na pewno od razu był mi bliską osobą, a więc to była przyjaźń od pierwszego wejrzenia, tyle że ja na początku nie śmiałem nazywać go moim przyjacielem. Traktuję go jak starszego brata – to chyba nawet lepsze określenie od „przyjaciela”.

Waldemar Kuczyński ekonomista, minister w rządzie T. Mazowieckiego:
Miałem przyjaciela w szkole podstawowej. Był ode mnie bardziej oczytany, więcej umiał. Postanowiłem mu dorównać. Obudził we mnie ambicje. W gimnazjum przyjaźniłem się z kolegą, który bardzo udzielał się społecznie i moja tego rodzaju aktywność została, jak sądzę, przez niego zainspirowana. Przyjaźń z Aleksandrem Smolarem miała ogromny wpływ na moje dążenia do wybicia się w nauce. Niezmiernie kształcąca jest moja przyjaźń z Tadeuszem Mazowieckim – jeśli chodzi o cechy charakteru, które powstały we mnie dzięki jego wpływowi, ale także pewną pragmatykę działania. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Dopiero później dostrzegłem także jego wady i przywary. Praca w jego ekipie rządowej była największą publiczną przygodą mego życia. Kiedy się ma przyjaciela, a zwłaszcza o takiej osobowości jak Tadeusz, człowiek czuje się mniej samotny, a jego życie jest bogatsze.

Wiesław Chrzanowski senator, b. marszałek Sejmu:
Miałem przez całe życie wielu bliskich wśród ludzi o całkiem innych poglądach politycznych. Nie można zaraz mówić przyjaźń. Jest koleżeństwo, bliska znajomość, sympatia. Przyjaźń to ten najwyższy stopień i myślę, że na to wpływa wiele czynników, w tym również pewien element, którego się nie da racjonalnie wyjaśnić. Jestem już człowiekiem wiekowym, takich przyjaciół miałem, ale niestety, jeżeli chodzi o tych najbliższych, są już po drugiej stronie. Ale, oczywiście, to nie znaczy, że nie mam przyjaciół. Ci nigdy mnie nie zawiedli.

Przyjaźnie z dawnych lat

Julian Tuwim, Antoni Słonimski:
„Po zebraniu autorów kabaretowych wyszliśmy razem. Znaliśmy się ze słyszenia.(...) W studenckim pokoiku Tuwim wyjął z kieszeni marynarki plik wierszy i zaczął mi czytać. (...) I ja wyciągnąłem z kieszeni swoje wiersze – pisze Słonimski w „Alfabecie wspomnień”. – No i tak się zaczęło to wieloletnie obłędne chodzenie razem (...). W poezji bliższy mi był Lechoń, za to w szaleństwie dowcipu, w absurdach i nonsensach Tuwim był niezastąpiony”. W 1942 r. Tuwim ze Stanów Zjednoczonych pisał do mieszkającego w Londynie Słonimskiego: „Dziękuję Ci, mój najdroższy Toleczku – bardziej niż kiedykolwiek w życiu kochany – i w pewnym sensie jedyny! Inne przyjaźnie rozgotowały się bez reszty w kotle wojny, a moje uczucie dla Ciebie, przywiązanie do wspólnej przeszłości, jednakowe – myślę – patrzenie w przyszłość, postawa w teraźniejszości – wzrosły i (wybacz to słówko) »okrzepły«”. Przyjaźnili się aż do śmierci Tuwima w 1953 r.

Jarosław Iwaszkiewicz, Mieczysław Grydzewski:
– „...siła (...) Grydzewskiego, polegała na niezwykle wydajnej pracy, wielkim zamiłowaniu do dokładności i ścisłości w robocie i na olbrzymim talencie organizatorskim, któremu świetnie pomagała znakomita pamięć. Nie bez znaczenia było również i to, że Grydzewski nie miał żadnych osobistych ambicji literackich i nie starając się drukować swoich produkcji, mógł zachować czasami zbawienną, czasami dość irytującą »bezstronność« w redagowaniu pisma, którą się tak zawsze szczycił”. Tak po latach Iwaszkiewicz pisał w „Książce moich wspomnień” o swoim przyjacielu – redaktorze „Skamandra” i „Wiadomości Literackich” – Mieczysławie Grydzewskim. Zaprzyjaźnili się w latach dwudziestych. Wojna rozdzieliła przyjaciół. Grydzewski opuścił kraj w 1939 r. Po wojnie redagował w Londynie jedno z najważniejszych czasopism emigracyjnych: „Wiadomości”. Iwaszkiewicz wojnę spędził w kraju, a po jej zakończeniu stał się zwolennikiem Polski Ludowej. Pomimo dzielących ich granic i poglądów politycznych pozostali przyjaciółmi.

Roman Polański, Krzysztof Komeda:
„W czasie jednej z hollywoodzkich wypraw pożyczyłem mu motocykl (...), zatrzymała go na autostradzie policja, ponieważ jechał za wolno. Kiedy łamaną angielszczyzną wytłumaczył, że się boi, policjanci eskortowali go do samego domu, by zaoszczędzić mu stresu. Ten przyjacielski gest – zupełnie nie do pomyślenia w Polsce – wprawił go w osłupienie” – tak m.in. wspomina Polański Komedę w autobiografii „Roman”. Po raz pierwszy spotkali się przy okazji filmu „Dwóch ludzi z szafą”. Po skomponowaniu muzyki do „Dziecka Rosemary” Polański napisał: „Nie pierwszy raz mój film nabierał dodatkowego wymiaru dzięki cudownej, pełnej inwencji muzyce mojego przyjaciela Komedy”.

Leonia Gradstein, Karol Szymanowski:
W listach nazywał ją: „Kochaną Panną Leonką”. Była jego przyjaciółką do końca. Gdy umierał w 1937 r., były przy nim dwie kobiety: siostra Stanisława i sekretarka, zarazem opiekunka i przyjaciel – Leonia Gradstein. Została jego sekretarką w 1931 r., gdy był już znanym kompozytorem i miał wielu przyjaciół. Z czasem starzy przyjaciele wykruszyli się, a Szymanowski zaczął używać terminu przyjaciel w cudzysłowie. „U Szymanowskiego przyjaźń jest przede wszystkim sprawą serca, sprawą wielkiego zaufania – wspomina Leonia Gradstein w „Gorzkiej Sławie”. – Szymanowski obdarzony był szlachetnością i wielkim urokiem osobistym, potrafił nim czarować przyjaciół i znajomych. Urok ów to była najpewniejsza broń muzyka, z którą wyruszał, by zdobywać ludzi”.