POLITYKA

Wtorek, 23 stycznia 2018

Polityka - nr 39 (2622) z dnia 2007-09-29; Polityka. Niezbędnik Inteligenta. Wydanie 13; s. 22-25

Środowisko. Zdążyć przed katastrofą

Sławomir Mizerski

Przyroda nie nadąża

Z prof. Ewą Symonides, ekologiem roślin, autorką fundamentalnego podręcznika „Ochrona przyrody”, o ginących gatunkach, ewolucji, która sobie nie radzi, i ekologach oszołomach, rozmawia Sławomir Mizerski

Sławomir Mizerski: – Czy pani profesor żyje w ścisłym kontakcie z przyrodą?

Prof. Ewa Symonides: – Mieszkam w bloku, ale staram się nie tracić kontaktu z przyrodą, dlatego prywatnie sporo podróżuję po świecie i to w takie rejony, które mają jak najmniej wspólnego z cywilizacją.

Jak wiele innych osób czuję, że jestem cząstką przyrody. Podoba mi się powiedzenie Otto Wilsona, że człowiek jest wybrykiem ewolucji i spokojnie mogłoby go nie być. Wiara w to, że jesteśmy najwspanialszym produktem ewolucji, jest złudna. Zdarzyło się, że człowiek wyewoluował i tyle. Każdy dzień dostarcza nam świadectwa, jakim marniutkim jesteśmy prochem mimo całej wspaniałości naszego umysłu.

Czy emocjonalny stosunek do przedmiotu nie komplikuje pani pracy?

Staram się powściągać emocje, bo ochrona przyrody wymaga przede wszystkim wiedzy. Miłość do kwiatków i pszczółek nie wystarcza. Żeby coś chronić, trzeba to poznać. Istnieje ogromna liczba gatunków i jeszcze większa liczba powiązań między nimi, są wielogatunkowe zbiorowiska, układy, ogromne zróżnicowanie środowisk naturalnych. Proszę sobie wyobrazić, jaką masę obiektów trzeba poznać, żeby w ogóle wiedzieć, które są zagrożone i jak je chronić. Trzeba mieć świadomość zagrożeń dla tej przyrody. I to nie tylko aktualnych, ale także przyszłych, które nadchodzą w wielkim tempie. Wiemy, że zmienia się klimat, że środowisko nie wytrzymuje obecnego poziomu presji człowieka. Chodzi o zanieczyszczanie powietrza, wody, gleby, fragmentację środowiska, zmniejszanie powierzchni biologicznie czynnej itd. Dochodzą kwestie prawne, ekonomiczne, socjologiczne, bo nigdzie nie udaje się chronić przyrody bez choćby elementarnego zrozumienia społeczeństwa. Jak pan widzi, to bardzo skomplikowany obszar wiedzy. Uczucia, nawet najgorętsze, niewiele tu pomogą.

 

Wszystko może się przydać

 

Ochrona przyrody to wymysł naszych czasów?

Bynajmniej. Człowiek od zarania dziejów niszczył przyrodę, a zarazem ją chronił. Już w starożytności żyli władcy chroniący przyrodę. U nas król Jagiełło wprowadził ochronę cisa. Na przestrzeni dziejów były jednak bardzo różne motywy ochrony przyrody. Te najstarsze wywodzą się z wierzeń religijnych. W Arabii chroniono jako święte dorodne drzewa oliwne, plemiona afrykańskie czciły potężne baobaby, ludy europejskie – dęby. Ze względów religijnych chroniono wielkie głazy narzutowe, skały osobliwych kształtów lub rozmiarów, jako siedziby bogów. Indianie obdarzali wielkim szacunkiem i bogobojnym lękiem drzewa oraz zwierzęta, bo wierzyli, że zamieszkiwane są przez duchy.

Rozumiem, że bano się przyrody, bo miała przewagę nad człowiekiem.

Niech pan popatrzy na relacje mediów na temat powodzi, huraganów. Przyroda wciąż dominuje. A jeśli człowiek zamierza ją ujarzmić zamiast żyć z nią w harmonii, to zginie. Na szczęście światli ludzie już to zrozumieli. Ale wracając do motywów, dla których chronimy przyrodę – były także etyczne, estetyczne, ekonomiczne. Przecież nawoływania do ograniczenia połowów wynikają z przyczyn ekonomicznych, bo jeśli zniszczy się ryby i ich potomstwo, to nie będzie czego łowić. Powinno się chronić biologiczną różnorodność, wszystko co się na nią składa – choćby dlatego, że nie wiadomo, co i kiedy się człowiekowi przyda. Okazuje się, że nieznane wcześniej nikomu organizmy są nosicielami wspaniałych genów, niezbędnych w produkcji cennych leków. To są nośniki ważnych informacji genetycznych, niezwykle użytecznych dla człowieka. Jeśli człowiek jest mądry i przewidujący, na wszelki wypadek nie powinien niszczyć tego, czego nie musi. Chociaż oczywiście nikt mu nie każe chronić armii szczurów czy komarów w swoim otoczeniu.

Ten argument o konieczności ochrony zasobów genowych brzmi trochę podejrzanie. Co to oznacza w praktyce?

W przyrodzie istnieje współzależność między organizmami. One nie żyją w pojedynkę. Najlepszy przykład to lasy równikowe, gdzie ewolucja toczyła się bardzo długo, bo nie było takich kataklizmów jak np. lodowce. W efekcie każdy organizm ma niezwykle wąską amplitudę ekologiczną, czyli jest wąsko wyspecjalizowany. W takich lasach jest ogromna masa gatunków, z których jeden nie może bez drugiego żyć, a więc brak jednego oznacza w praktyce zanik drugiego.

A ten drugi pociąga za sobą następne, a one – kolejne.

Właśnie. Na przykład dzisiaj dokładnie znane jest znaczenie mikoryzy dla drzew leśnych, czyli ich współżycia z grzybami. W zdegradowanych glebach tych grzybów nie ma, w efekcie drzewa nie rosną itd. Ochrona lasów lub drzew wiedzie między innymi poprzez ochronę grzybów żyjących w glebach leśnych. Tak więc w imię dobra człowieka powinno się chronić wszystkie gatunki, co nie oznacza, że wszystkie osobniki tych gatunków. Ochrona interesów człowieka, nawet tych krótkowzrocznych, wymaga niekiedy likwidacji np. nawet ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Prof. dr hab. Ewa Symonides kieruje Zakładem Ekologii Roślin i Ochrony Przyrody Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1993–99 była dziekanem Wydziału Biologii, w swej karierze zawodowej pełniła także funkcje głównego konserwatora przyrody i przewodniczącej Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Autorka ponad 170 prac i publikacji, ostatnio wydała podręcznik „Ochrona przyrody” – długo oczekiwany zarówno przez studentów jak i twórców nowego prawodawstwa i planów zagospodarowania przestrzennego kraju.