POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 40 (2421) z dnia 2003-10-04; s. 88

Społeczeństwo / Sport / Tenis

Jacek Safuta

Rakiety bojowe

Belgowie krótko cieszyli się bezprecedensowym sukcesem swoich tenisistek w tegorocznym turnieju US Open. Pojedynek Flamandki Clijsters z Walonką Henin toczy się także poza kortem.

Nie ucichły jeszcze wiwaty na cześć Justine Henin-Hardenne, która w pięknym stylu pokonała swoją rodaczkę Kim Clijsters, gdy w belgijskich domach rozgorzała dyskusja: bierze czy nie bierze? A jeśli tak, to co? Czy tylko kreatynę, której nie ma na liście produktów zakazanych przez MKOl, czy coś więcej?

Jak zwykle w Belgii linia podziału przebiega wzdłuż granicy językowej. Rzucane niby mimochodem uwagi o „gwałtownym przyroście masy mięśniowej” Justine padły na podatny grunt u Flamandów. Nie mogli pogodzić się, że ich Kim, tenisistka numer jeden na świecie (w klasyfikacji WTA), już drugi raz w kluczowym momencie uległa francuskojęzycznej Justine. W końcu Walonia, gdzie urodziła się Justine, to kraina biedna, pogrążona bezpowrotnie w kryzysie, zamieszkana przez ludzi gnuśnych, niezdolnych do nauczenia się flamandzkiego, za to przeżerających flamandzkie pieniądze w postaci zasiłków dla bezrobotnych i świadczeń lekarskich. Taka ziemia może wydać pedofila-mordercę Marca Dutroux, ale nie pogromczynię Kim.

Aluzje pojawiły się już po zwycięstwie ...