POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 10 (12) z dnia 2017-10-04; Niezbędnik Inteligenta. 2/2017. Postczłowiek; s. 40-42

Człowiek 2.0

Paweł Walewski

Ratunek z genów

Prof. Cezary Szczylik o przyszłości onkologii

Paweł Walewski: – Jak będziemy leczyć raka za dziesięć lat?
Cezary Szczylik: – Swoiście. Klasyfikacja oparta na barwieniach histochemicznych, rutynowo dziś jeszcze stosowanych przy rozpoznawaniu nowotworów, zostanie całkowicie zastąpiona analizą uszkodzeń w obrębie genomu. Dziś już wiemy, że ważniejsze z punktu widzenia doboru leków są konkretne receptory na powierzchni guza niż jego lokalizacja. Okazuje się bowiem, że cechy nowotworu umiejscowionego w płucach lub jelicie grubym mogą być podobne do tych, które ma nowotwór piersi lub nerki. Można to porównać z liniami papilarnymi – są charakterystyczne nie tylko dla konkretnego raka, ale też pacjenta.

Personalizacja w medycynie już jest stosowana. Czy w przyszłości każdy chory będzie miał terapię skrojoną na własną miarę?
To prawdopodobne, choć oczywiście wiąże się z poważnymi kłopotami. Żyjemy coraz dłużej, populacja się starzeje, więc liczba chorych na raka będzie się zwiększać. Przewiduje się, że w 2030 r. częstość zachorowań wzrośnie w świecie trzykrotnie. W tej sytuacji łatwiej byłoby prowadzić leczenie na zasadzie każdemu to samo, w podobnych dawkach. Takie postępowanie obowiązywało w onkologii jeszcze niedawno i choć było obciążone mnóstwem działań niepożądanych, wydawało się jedynym możliwym. Nowa doktryna jest inna: musimy nauczyć się typować pacjentów, którzy najlepiej zareagują na leki wymierzone w konkretne cele w komórkach rakowych i wiedzieć, jakich specyfików użyć.

A zatem nie ma odwrotu od genetyki i biologii molekularnej?
Przewidywałem to już 25 lat temu, po powrocie ze stażu w USA. Wtedy większość polskich onkologów drwiła z tej koncepcji. Teraz wiem, że to był mechanizm obronny: woleli zdezawuować coś, czego po prostu nie rozumieli.

Nauczyć lekarza biologii molekularnej to rzecz niełatwa. Pan był samoukiem?
Miałem szczęście pracować w Warszawie w zespole znanego hematologa prof. Wiesława Jędrzejczaka. On ma niezwykły dar – w rzeczach pozornie bardzo prostych potrafi zauważyć wielowymiarowe zjawiska, zinterpretować je i przełożyć na świetne wyniki badawcze. Ale pod koniec lat 80. obydwaj stwierdziliśmy, że doszliśmy w Polsce do ściany i z naszym warsztatem pracy nie nauczymy się już niczego nowego. Wtedy podjąłem decyzję o wyjeździe do USA, gdzie zajmowałem się białaczką szpikową, bo hematologia była pierwszą dziedziną, w której można było zobaczyć, do czego może się przydać biologia molekularna. Trzy miesiące wcześniej wziąłem urlop w szpitalu i poszedłem uczyć się podstaw tej nowej dla mnie dziedziny do pracowni prof. Bożeny Kamińskiej-Kaczmarek i prof. Leszka Kaczmarka w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN.

Byłem już wtedy po habilitacji, ale i w Polsce, i później w Stanach od młodych ludzi uczyłem się izolowania kwasów nukleinowych, hodowli komórek, technik badania genów. Wiedziałem, że skaczę na głęboką wodę. Biologii molekularnej nikt wówczas nie postrzegał jako dziedziny przydatnej w onkologii, ale Amerykanie mieli już na przełomie lat 80. i 90. XX w. wspaniale wyposażone laboratoria. Nauczyli mnie praktycznie wszystkiego, co wykorzystuję w pracy do dzisiaj, łącznie z samodzielnym sekwencjonowaniem i analizą genów.

Techniki w tej pracy się bardzo zmieniły. Nadążacie w waszym ośrodku?
Wtedy izolowaliśmy nukleotydy, te podstawowe składniki strukturalne DNA, jakby na piechotę – pojedynczo, nukleotyd za nukleotydem. Obecnie cały genom można zsekwencjonować w ciągu kilku godzin. Wiele firm produkuje już gotowe zestawy odczynników, które przyspieszają tę pracę. Mamy w Polsce kilkanaście laboratoriów onkologii molekularnej europejskiego formatu. Żałuję, że tak mało, bo współczesna onkologia dryfuje w kierunku stopienia się z naukami podstawowymi. Jeśli chcemy za kilkanaście lat radzić sobie z chorobami nowotworowymi tak, jak to będzie na świecie – trzeba w większym stopniu zespolić pracę lekarzy z dobrymi laboratoriami.

Mam wrażenie, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.
Ze zdziwieniem obserwuję, jak w naszym kraju kompletnie nie zwraca się na to uwagi przy kształceniu młodych lekarzy. Szkolenie specjalizacyjne w onkologii zaplanowano na 6 lat, z czego przynajmniej 3 miesiące powinny być poświęcone biologii molekularnej, a nie ma nawet godziny. Młody onkolog, który zdaje egzamin i nie wie, jak funkcjonują geny, na czym polegają zmiany epigenetyczne, co to jest składanie białek… Jak ma się odnaleźć w tej specjalności? Te same luki dotyczą immunologii, która również rewolucjonizuje leczenie raka. Czy ktoś, kto nie ma o niej pojęcia, może w pełni wykorzystywać potencjał wielu nowoczesnych leków? Będzie raczej operował narzuconymi schematami terapeutycznymi, z których wiele odchodzi właśnie do lamusa.

Czy wiara w immunoterapię nie jest przedwczesna?
Wiele ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Prof. Cezary Szczylik jest kierownikiem Kliniki Onkologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. W 1983 r. był członkiem zespołu, który dokonał w Polsce pierwszego przeszczepu szpiku kostnego. Ma w dorobku ponad 150 prac naukowych, opublikowanych m.in. w „Science” i „Journal of Experimental Medicine”.