POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 51 (3191) z dnia 2018-12-19; s. 70-72

Świat

Paulina Wilk

Rebus zwany hinglish

Mieszkańcy Indii mówią prawie tysiącem języków, ale rozumieją się tylko po angielsku. Ten język kolonialnej opresji stał się dla nich przepustką do globalnej przyszłości.

Kiedy Ashish Prasad otwiera usta, lepiej mieć uszy w pogotowiu. 40-letni prawnik mówi błyskawicznie, połykając końcówki słów, a do tego z twardym akcentem z Biharu – ubogiego stanu, w którym ludzi jest za dużo, a wszystkiego innego za mało. Nawet podlegli mu współpracownicy z wielkiej delhijskiej kancelarii mają kłopot z nadążaniem za jego językiem i tempem typowym dla przedsiębiorczych indyjskich elit. Ten kraj się spieszy – interesy ruszają przed świtem, a odkąd rozprzestrzeniły się telefony komórkowe, nie ma takiej pory, o której klient nie mógłby zadzwonić.

Suniemy samochodem przez zakorkowany Mumbaj (wcześniej zwany Bombajem, ale przemianowany tak dla zaspokojenia pretensji skrajnej prawicy, o czym dalej), w którym od stuleci kwitnie wielojęzykowa mieszanka. Liczy 22 mln ludzi reprezentujących około 300 grup etnicznych i religijnych, którzy każdego dnia muszą się jakoś dogadać.

Ashish bez przerwy rozmawia przez telefon – odbiera połączenia i krótko omawia z prawnikami prowadzone sprawy. Jak inni wielkomiejscy Hindusi ...