POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 32-33

Społeczeństwo

Agnieszka Sowa

Ręce górą

Za sprawą portali społecznościowych rękodzieło zrobiło się modne. A to może zmienić czyjeś życie. A nawet całą Polskę.

Gdyby Joanna Bach szukała pomysłu na biznes, na pewno nie przyszłoby jej do głowy, żeby robić biżuterię dla psów. I to nie tych małych, ozdobnych ras, które potrzebują kokardek lub spineczek do podtrzymywania włosów, ale dla olbrzymich dogów niemieckich. Jej jednak nie chodziło o biznes, a o pasję. W domu ma cztery dogi. Długo nie mogła zrozumieć, dlaczego dla jej ukochanej rasy nie ma nic ozdobnego.

Postanowiła zająć się tym sama. Z jedwabnych, kolorowych i błyszczących sznureczków uplotła swoim psom cienkie, luźne obroże – niby-zaciskowe, ale wiadomo przecież, że na czymś takim wielkiego doga się nie utrzyma. Psy miały w tym chodzić po domu i pozować do zdjęć. I pozowały. Ich pani jeszcze było mało. Znalazła hurtownię z koralikami, sztucznymi kamieniami i zrobiła zawieszki do obroży, zakończone jedwabnym frędzlem. 80-kilogramowy dog prezentował się wspaniale. Zrobiła więc kilka zdjęć i wstawiła na Facebooka. Ku swojemu zaskoczeniu dostała kilkanaście próśb o podobne zawieszki dla innych psów. Głównie z zagranicy.

To wówczas zarejestrowała firmę. Dziś, po półtora roku, sprzedaje w całej Europie, a najwięcej do Francji. Nie tylko psią biżuterię (tę już nawet zaczęto podrabiać, o czym doniosły wierne fanki z Niemiec). Świetnie idą zestawy obroża i smycz, taki sam pasek bądź torebka dla właścicielki. Zimą furorę robiły derki dla dogów i do kompletu kurtka lub torba dla właścicielki. Idą posłania, duże, wygodne, czarne ze srebrnym wzorem albo dżinsowe łączone ze sztucznym futerkiem. Albo przenośne do samochodu.

Producenci akcesoriów dla psów zapewne nie mają pojęcia, że większość właścicieli dogów niemieckich to kobiety. Joanna znalazła niszę, ale niewiele by z tego wyszło, gdyby nie Facebook, na którym – jako hodowczyni psów – ma ponad 3 tysiące znajomych z całego świata. Niemal wszyscy w zdjęciu profilowym mają głowę lub sylwetkę doga. Wyszło na to, że jeszcze zanim utworzyła na portalu fanpage swojej firmy, docierała do ogromnej liczby potencjalnych klientów.

Joanna jest niemal modelową ilustracją koncepcji długiego ogona (the long tail), sformułowanej przez Chrisa Andersona na początku lat dwutysięcznych, głoszącej, że obecnie interes daje się zrobić nie tyle na bestsellerach, masowo sprzedawanych towarach, co na bardzo szerokiej ofercie produktów niszowych. Przez zupełny przypadek Joanna sporo zarobiła. Nigdy nie pracowała. Po skończonej filologii białoruskiej wyszła za mąż, potem była zagrożona ciąża i chorująca córeczka. Mówi, że to zajęcie jest dla niej formą terapii.

Robota z subświatami

Haftowanie, szydełkowanie, nizanie koralików to przecież jedna z form terapii zajęciowej. Pomaga wyciszyć się, przestać myśleć o problemach, odpędzić czarne myśli, lęki, frustracje. A potem, gdy dzieło jest skończone, satysfakcja wzmacnia poczucie własnej wartości. Dodaje pewności siebie. Ręczna robota, zwłaszcza z nutą ekologiczną, etno, minimalistyczną, recyklingową, kojarzy się ludziom z ucieczką z wyścigu szczurów. Niedawno okazało się też, że ta sama technologia, która 200 lat temu za pomocą krosien uśmierciła rękodzieło, teraz je ożywiła. Pojawiły się bowiem portale społecznościowe. Ponad połowa użytkowników Pinteresta i więcej niż co dziesiąty użytkownik Facebooka i Instagrama wykorzystuje serwisy do wyszukiwania produktów i zakupów (raport Business Insider Polska). I coraz częściej są to wyroby ręczne, na konkretne zamówienie. A w internecie kupujemy już naprawdę dużo: 27 mln Polaków jest online i wydaje 30 mld zł rocznie na zakupy w sieci. Już prawie każdy jest przynajmniej na Facebooku.

Kilka lat wstecz rękodzielnicy próbowali wystawić swoje dzieła na portalach aukcyjnych, ale to nie było najlepsze miejsce. Kojarzyło się z masówką, czyli z zaprzeczeniem hand made. Istniały już niszowe internetowe serwisy jak: DecoBaazar, Pakamera, niemiecki DaWanda, Stylowi, Unikalni, Dooperele, DecoManufaktura czy Art-Madame, które skupiały po kilkuset twórców i projektantów mebli, ceramiki, biżuterii, ciuchów, upominków. Za pośrednictwo trzeba było jednak słono płacić, nawet do 40 proc. ceny sprzedaży. A przez Facebooka można zamówić coś konkretnie dla siebie, we wskazanym kolorze – twórcy chętnie biorą takie indywidualne zamówienia. I poszło.

Z niszy do stylebooka

– Jeśli chcemy zrozumieć, dlaczego hand made stał się w ostatnich latach tak popularny, warto potraktować go jako część szerszego i głębszego zjawiska tworzenia całych kulturalnych subświatów online – tłumaczy dr hab. Krzysztof Olechnicki, profesor w Instytucie Socjologii UMK i kierownik Zakładu Badań Kultury. Razem z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]