POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 30-31

Społeczeństwo

Joanna Podgórska

Recepta awaryjna

Akcja Lekarze Kobietom to przełomowy przejaw solidarności środowiska medycznego wobec Polek, którym władza ogranicza dostęp do antykoncepcji.

Swój akces zgłaszają ginekolodzy, ale także ortopedzi, interniści, lekarze rodzinni, psychiatrzy, neonatolodzy, dentyści. Większość to lekarze z dużych miast, ale na liście są również Sokołów Podlaski, Myszków, Darłowo, Nisko, Sulęcin, Busko-Zdrój, Grzmiąca, Łuków. To efekt postu, który zamieściła na Facebooku dr Aleksandra Krasowska: „Wystawiam recepty na pigułki »dzień po« (choć uważam, że powinny być za darmo i bez recepty). Do czasu stabilizacji sytuacji kobiet w kraju takie recepty wystawiam w ramach praktyki prywatnej, ale »pro publico bono«”. W jej ślady poszli inni. Szybko zawiązała się inicjatywa Lekarze Kobietom. – Co tydzień aktualizujemy listę nazwisk. W tej chwili mamy ich w bazie 152, a ciągle zgłaszają się kolejni lekarze. Miasta, w których przyjmują, nanosimy na mapę Polski dostępną w internecie. Niestety, są na niej ciągle białe plamy: Lublin, Rzeszów, województwo lubuskie – wylicza dr Natalia Jakacka, stażystka w jednym z warszawskich szpitali. Sama nie może jeszcze, poza szpitalem, wystawiać recept, ale szybko dołączyła do grupy roboczej. Odbiera zgłoszenia od pacjentek i kieruje je do konkretnych lekarzy. Dziennie wpływa kilkadziesiąt próśb o pomoc. – W ostatni weekend był taki ruch, że musiałyśmy na chwilę zawiesić stronę, bo liczba zgłoszeń przekroczyła nasze moce przerobowe. Nie nadążałyśmy odpowiadać na maile.

Nazwiska lekarzy z listy nie są publicznie dostępne. Ci z mniejszych miejscowości mogliby obawiać się presji, nacisków, szykan ze strony proboszcza czy lokalnych władz. Tych, którzy takich obaw nie mają, organizatorki zachęcają do wieszania w miejscu pracy plakatów ze znaczkiem akcji i hasłem: „Miejsce przyjazne kobietom. Tu lekarze wystawiają recepty na antykoncepcję awaryjną”.

W gruncie rzeczy chodzi o jeden preparat – ellaOne, tabletkę, która przyjęta do 120 godzin po niezabezpieczonym stosunku zapobiega ciąży. Im szybciej, tym skuteczniej. Dlatego dostęp bez recepty do „pigułki dzień po” jest tak istotny. Przez ostatnie dwa lata Polki – podobnie jak inne Europejki, poza Węgierkami i Rosjankami – mogły ją po prostu kupić w aptece. Jednak nowa władza, w osobie ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, uznała najwyraźniej, że kobiety w Polsce mają jakieś poważne deficyty intelektualne w porównaniu z resztą europejskich kobiet i nie są w stanie ze zrozumieniem przeczytać zaleceń stosowania ellaOne, by ją w sposób odpowiedzialny zastosować.

Najpierw minister kreślił wstrząsające wizje nastolatek łykających pigułki garściami, jak cukierki (cena jednej tabletki to około 120 zł). Gdy okazało się, że nastolatki stanowią jedynie 2 proc. nabywczyń, zmienił argumentację, tłumacząc, że konsultacja z lekarzem, który wystawi receptę, poprawi bezpieczeństwo zdrowotne kobiet. Jednocześnie, jako jedyny minister w Europie, dopuścił do sprzedaży bez recepty tani odpowiednik Viagry, który zażywany bez kontroli może być naprawdę niebezpieczny, zwłaszcza dla sercowców. A od października ma być dostępny w wolnej sprzedaży Ketonal, silny preparat przeciwbólowy, choć lista możliwych powikłań i skutków ubocznych jest w jego przypadku kilkakrotnie dłuższa niż dla ellaOne. Wreszcie minister Radziwiłł z kamienną twarzą oświadczył, że on sam nie przepisałby pigułki nawet zgwałconej 12-latce, ze względu na klauzulę sumienia.

I o to tak naprawdę chodziło; by utrudnić, czy wręcz uniemożliwić, Polkom dostęp do antykoncepcji awaryjnej. Skąd kobiety mają wiedzieć, czy lekarz, do którego trafią, jest „oklauzulowany” czy nie? Czy wyjdą z receptą czy z uczuciem paskudnego upokorzenia, potraktowane przedmiotowo i pouczone z wyżyn katolickiej moralności.

– Kobiety w dużych miastach sobie poradzą, ale co z tymi z małych miasteczek, gdzie jest jeden ginekolog o określonym światopoglądzie? Wielu nie stać na prywatną wizytę, która podniesie koszt zdobycia i tak bardzo drogiej tabletki. To kolejne prawo, które bije w kobiety najuboższe, najbardziej bezradne. Wyłącza je spod opieki, która im się po prostu należy – mówi dr Natalia Jakacka.

Polki miały prawo czuć się zdradzone przez środowisko lekarskie. Mimo że w niemal każdej kadencji Sejmu pojawiają się projekty zaostrzenia – i tak już drakońskich – przepisów antyaborcyjnych, lekarze woleli nie zabierać w tej sprawie głosu; o zaangażowaniu w liberalizację prawa nie wspominając. – Gdy w zeszłym roku zaczęły się protesty przeciwko zaostrzeniu prawa, na jednej z demonstracji apelowałam do lekarzy, by nie zostawiali nas samych, by wsparli kobiety – opowiada Krystyna Kacpura, szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. – Odzew był niewielki.

Po stronie pro-choice wypowiada się stale kilka dyżurnych nazwisk: dr Medard Lech, prof. Romuald Dębski, dr Grzegorz Południewski. Reszta woli się nie wychylać, by uniknąć pikiet „obrońców życia” i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]