POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 10

Ludzie i wydarzenia / Świat

Adam Szostkiewicz

Referendum to nie zbrodnia

Madryt, sięgając po przymus i przemoc, wybrał opcję eskalacji.

Narody, jak ludzi, można zmusić do koegzystencji w jednym państwie, lecz nie do wzajemnej miłości. Separatyzm kataloński ma twarz obywateli, a nie fanatyków. To prawicowy mniejszościowy rząd w Madrycie użył siły policyjnej, by zablokować katalońskie głosowanie nad niepodległością, gdyż uznał je za sprzeczne z prawem i konstytucją. Na tej podstawie sięgnął po środki nieproporcjonalne przeciwko obywatelskiemu nieposłuszeństwu Katalończyków. Ich postawa jest zgodna z zasadą samostanowienia narodów i z demokratyczną ideologią praw człowieka. Wynika z tego, jak widzą sytuację swego kraju. Od lat protestowali przeciwko pełzającemu ograniczaniu demokratycznej autonomii pod pretekstem umacniania władzy centralnej. Miliony przychodziły na manifestacje na rzecz referendum niepodległościowego. Zwykli obywatele, działacze lewicy i centrum. Dzień prawdy przyszedł 1 października. Kilka tysięcy lokali referendalnych otwarło podwoje.

Chętnych do głosowania nie brakowało. Niektórzy przyszli pod lokal już w nocy. Rozumieli, że im wyższa frekwencja, tym mocniejsza podstawa do dalszych działań władz autonomicznych, włącznie z deklaracją niepodległości. Według wstępnych wyników podanych przez władze katalońskie frekwencja sięgnęła prawie połowy uprawnionych, za rozwodem było 90 proc. Jest sukces, ale mandat dyskusyjny. Gdyby nie upór Madrytu, sprawa niepodległości mogłaby zostać oddalona przez samych głosujących. A tak media światowe obiegły sceny przemocy policyjnej. Rannych zostało ponad 800 osób. Gdy w ruch idą pałki i kule gumowe przeciwko ludziom, którzy chcą głosować, każda demokracja ma kłopot. Teraz kłopot ma demokracja hiszpańska. Wydarzenia w Katalonii to nie było jej święto, tylko jej porażka. Okazało się, że nie ma jednej Hiszpanii, jest głęboki, coraz trudniejszy do usunięcia podział w społeczeństwie. A władza centralna okazuje butę i pogardę kilku milionom obywateli. To nie jest rozwiązanie problemu.

Madryt zarzuca autonomicznym władzom katalońskim działania irracjonalne i nieodpowiedzialne. Manipulowanie emocjami zbiorowymi dla własnych korzyści. Ale to madrycka polityka siły zradykalizowała Katalończyków. Wielu z nich wahało się wcześniej, czy pójść zagłosować, wielu zagłosowałoby przeciw. Tymczasem widok hiszpańskiej policji państwowej na ulicach Barcelony i innych miast Katalonii wywołał u wielu skojarzenia z epoką Franco. Tożsamość i godność Katalończyków były wtedy spychane na margines. A przecież Katalonia nie czuła się i nie czuje marginesem. Przeciwnie, ma poczucie, że jest motorem gospodarki hiszpańskiej, zagłębiem innowacyjności, proeuropejskim bastionem. Tu idea niepodległości nie jest jakąś mrzonką radykałów czy fanaberią elit. Jest wizją przyszłości mającą duże poparcie społeczne. Gdzie jak gdzie, ale w Polsce nie powinno to być trudne do zrozumienia. Przecież hymnem pokolenia Solidarności były „Mury” Jacka Kaczmarskiego, oparte na pieśni katalońskiego muzyka Lluisa Llacha, przeciwnika rządów frankistowskich. Hiszpanie przezywają zaś Katalończyków los Polacos, Polakami. Znany kataloński pisarz Jaume Cabré skomentował reakcje ludzi na blokowanie głosowania: „to wielki gest godności stanąć w obronie swego zdania naprzeciw oddziałów policji. Ludzie bronili wolności”.

Katalońskie dążenie do niepodległości nie jest też trudne do zrozumienia w Europie. Owszem, może budzić wątpliwości, a nawet niepokój. Rządzący, nawet w demokracjach, zwykle nie lubią separatystów. Dziś mogą się obawiać, że Katalonia dołączy do długiej listy kłopotów, jakie mają z ruchami nacjonalistycznymi, populistycznymi, skrajną prawicą. Słowem, że separatyzm kataloński niepotrzebnie wciąga Europę w wewnętrzny konflikt w Hiszpanii. Na domiar złego, sprawie referendum sprzyjały media rosyjskie. To byłby dzwonek alarmowy: wspierają, bo Kreml ma interes w destabilizacji UE. Ale przypadek Katalonii nie wydaje się separatyzmem destrukcyjnym. To nie jest nacjonalizm agresywny, konfrontacyjny. Można było się z nim dogadać bez eskalacji konfliktu. W końcu demokracje brytyjska i kanadyjska odważyły się zgodzić na referenda niepodległościowe, odpowiednio w Szkocji i Quebecu. I nic się nie stało: większość głosujących była za status quo. Lecz Madryt, sięgając po przymus i przemoc, wybrał opcję eskalacji.

Rozwody między narodami w tym samym państwie się zdarzają. Norwegia oddzieliła się od Szwecji, republiki nadbałtyckie od ZSRR, Czesi rozstali się pokojowo ze Słowakami, narody tworzące Jugosławię rozeszły się – niestety drogą wojny domowej – ale część z nich spotkała się po latach w Unii Europejskiej. Są też przykłady negatywne, jak choćby podsycany przez Moskwę separatyzm we wschodniej Ukrainie. Nacjonalizm kataloński to zupełnie inne stworzenie. Brytyjski dziennikarz Neal Ascherson (Szkot) przypomniał niedawno w „Guardianie”, że to nacjonalizmy rodzą narody, a nie na odwrót. Tak też było w przypadku Hiszpanii, gdzie nowoczesny nacjonalizm przyczynił się w XIX i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]