POLITYKA

Niedziela, 26 maja 2019

Polityka - nr 48 (3087) z dnia 2016-11-23; s. 54-55

Świat

Piotr Kowalczuk

Renzi, basta!

Włosi wkrótce zagłosują nad reformą senatu, ale w rzeczywistości będzie to sąd nad złotoustym premierem. Niedoszły „zbawca Italii” może stracić władzę – i to na rzecz błaznów.

Matteo Renzi podbił serca Włochów i Włoszek już cztery lata temu, gdy na oczach całej Italii walczył o szefowanie potężnej, lewicowej Partii Demokratycznej. Przemawiał, tryskając energią. Mówił ze swadą, żywym, choć subtelnym językiem, nie gardził żartem i ironią. W polemikach raził adwersarzy refleksem i inteligencją. Gdy trzeba, potrafił być bezczelny, by za chwilę rozładować napięcie chłopięcym wdziękiem. Tak charyzmatycznego przywódcy włoska lewica nie miała od niepamiętnych czasów, a tak młodego – nigdy.

Przede wszystkim Renzi obiecał jednak zerwać z dogmatami i wpływami związków zawodowych, skruszyć partyjny beton, oddać partię w ręce młodych ludzi, którzy porzucą ideologiczne spory, pochylą się nad losem najsłabszych i najbiedniejszych zamiast własnym. Nazwali go włoskim Tonym Blairem.

Szafarz obietnic

W grudniu 2013 r. Renzi śpiewająco wygrał wybory na szefa socjalistów i jak zapowiadał, tak zrobił. Zezłomował partyjnych dinozaurów, do sekretariatu powołał swoich rówieśników. Pod hasłem „Nie ma czasu ...