POLITYKA

Piątek, 19 lipca 2019

Polityka - nr 4 (3195) z dnia 2019-01-23; s. 36-38

Społeczeństwo

Edyta Gietka

Rozmowy przy wycinaniu skórek

Wietnamczycy, po przyczółku gastronomicznym, zdobywają w Polsce kolejny – kosmetyczny.

Kiedy już Polska (po ichniemu Ba Lan) ubrała się po przystępnych cenach i przejadła azjatyckim menu, dopiero co moszcząca się tu najmłodsza wietnamska imigracja została pozbawiona środków do życia. Jako że sprawna także w paznokciu, weszła w manikiur, równie tani co kurczak w pięciu smakach. Zaskoczyło. A ponieważ w ich niezamożnym kraju nie jest nietaktem podglądanie siebie nawzajem, jeśli komuś wychodzi biznes, bez skrępowania naśladuje się go. Poczucie wspólnoty jest silniejsze niż obawa przed bratobójczą konkurencją.

Nowa imigracyjna fala zaczęła więc rozstawiać się z manikiurem w wąskich kiszkach pod pleksi, jedna obok drugiej, na jarmarkach, strefach przydworcowych oraz w podziemiach.

Choć usługa psuje rynek stylistkom o słowiańskich rysach, które w telewizjach śniadaniowych wyrażają się o niej per McNails, oszczędne panie nie mogą się nachwalić Wietnamczyków. Gdyby nie przystępne ceny, dalej pielęgnowałyby spracowane ręce, mocząc je w kwasku cytrynowym.

Jak cicho