POLITYKA

Niedziela, 25 sierpnia 2019

Polityka - nr 33 (2667) z dnia 2008-08-16; s. 72-74

Historia

Janusz Tazbir

Rzeczpospolita rozmaitych cyców

W dawnej Rzeczpospolitej znane było przysłowie, iż szlachcic bez urzędu jest jak chart bez ogona. Przy braku von, don, de czy sir przy nazwisku jedynie tytuł urzędowy sygnalizował, iż mamy do czynienia z kimś znaczniejszym. Zastępował także ordery, których w Polsce aż do XVIII w. nie nadawano.

Godność wojewody czy kasztelana oznaczała, że zarówno posiadacz tego tytułu, jak i jego potomkowie należą do magnaterii (Rzeczpospolita szlachecka nie uznawała tytułów książąt, hrabiów czy margrabiów). Ponadto urząd pozwalał górować nad szarakami, zarówno plebsem, jak i gołotą szlachecką.

Król polski miewał podobno do rozdania 40 tys. urzędów. Część z nich posiadała zresztą fikcyjny charakter, mimo to do urzędu dążył każdy ambitniejszy członek stanu szlacheckiego. Od XVII w. również syn i wnuk szlacheckiego urzędnika posiadali zwyczajowe prawo do tytułu przodka (wojewoda – wojewodzic – wojewodzicowicz). Odpowiednio też nazywano żony (łowczyna, cześnikowa etc.). Daremnie, choć nieraz dość ostro, wyśmiewano się z tej masy urzędników ziemskich. Jędrzej Kitowicz pisał np., że „palestra składa się z samej szlachty, a do tego urzędników: stolników, cześników, mieczników, horodniczych, mostowniczych (...), stolnikiewiczów, cześnikiewiczów, cywunowiczów i tam dalej – rozmaitych cyców”.

Ubiegano się nie tylko o urzędy, z którymi związana była faktyczna ...