POLITYKA

Piątek, 19 kwietnia 2019

Polityka - nr 25 (2710) z dnia 2009-06-20; s. 76-78

Świat

Joanna Orzechowska

Sandwicze w gorsecie

Radykalne feministki są we Francji coraz starsze. Te młodsze łagodnieją i spokojnie robią pranie. Czy francuski feminizm przetrwa?

Kiedy Rachida Dati, francuska minister sprawiedliwości, wróciła do pracy pięć dni po porodzie, zaatakowały ją i francuskie feministki, i stowarzyszenia obrońców rodziny. Pierwsze zarzuciły jej podporządkowanie się seksistowskim wymaganiom prezydenta Sarkozy’ego, a drugie karierowiczostwo.

Feministki nie darzą specjalną sympatią czterdziestoletniej pani minister – zbyt efektownej jak na ich gust, chociaż ze względu na pochodzenie i wytrwałość w pokonywaniu kolejnych szczebli kariery mogłaby stać się z powodzeniem ich ikoną. W ciągu ostatnich 20 lat ruch feministyczny nad Sekwaną bardzo się zmienił.

Z dawnych, radykalnych tendencji lat 70. XX w., reprezentowanych przez Monique Wittig, Antoinette Fouque i Josiane Chanel, założycielki Ruchu Wyzwolenia Kobiet (MLF), pozostało jedynie wspomnienie legislacyjnych i socjalnych osiągnięć. Ich symbole to ustawa Veil (1975 r.), zezwalająca na legalne przerywanie ciąży, pierwsza ustawa skierowana przeciwko seksizmowi (1983 r.), prawo zakazujące molestowania seksualnego (1992 r.) czy ustawa o parytecie, zwiększająca obowiązkowo liczbę kobiet na partyjnych listach wyborczych (2002 r.).

Francja, chętnie dająca lekcje innym narodom i uchodząca za ojczyznę ...