POLITYKA

Niedziela, 19 listopada 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 12-14

Temat tygodnia

Karolina Błachnio

Schabowy Welcome To

Obciach i wstyd? A może przejaw wakacyjnej emancypacji Polaków? Wokół polskich stref, czyli wakacyjnych resortów z polskim językiem, kuchnią oraz telewizją, będzie w tym roku gorąco.

Atmosfera w strefie przypomina trochę wczasy pracownicze. Ludzie, mijając się, mówią sobie dzień dobry, cześć – cześć. Idą na plażę, później coś zjedzą – w menu m.in. schabowy. Potem potańczą, wezmą udział w konkursie wiedzy o ojczyźnie „Kocham Cię, Polsko” albo zabawie muzycznej „Jaka to melodia?”. Obejrzą film – po polsku, oprócz „Killera” i „Chłopaki nie płaczą”, też światowa kinematografia. W programie, opracowanym na 14 dni, jest jeszcze „Venus kontra Mars”, czyli „prawdziwy pojedynek płci i wiedzy o sobie nawzajem”, latino party, wreszcie karaoke z polskimi szlagierami (Wilki, popularny rock, disco polo).

Wiosna czyni lato

Na potrzebę, by za granicą poczuć się jak u siebie, biura odpowiadały od dawna. Małe firmy, sprzedające wyjazdy na narty w Alpy czy na kempingi w okolicach Rawenny, od lat na cały sezon prócz turystów wysyłały także kucharzy z Polski, serwujących kotlety, pulpety, żurek czy bigos (nierzadko na produktach z polskiego Makro, przemycanych za granicę autobusami turystycznymi, w tajemnicy przed sanepidem). Zagraniczne koncerny wykupywały hotele o średnim standardzie w Grecji czy Bułgarii właśnie dla Polaków, dzięki czemu wycieczki z polskiego katalogu były tańsze. Przykładem polsko-polskiej integracji na wakacjach były też słynne objazdówki, podczas których grupa Polaków jeździła przez kilkanaście dni razem po jakiejś części Europy.

Jednak w tym roku jedno z większych biur – Rainbow – zrobiło z polskiej wioski chwyt reklamowy. Sprzedaje pobyty pod nazwą „Polska Strefa” w sześciu ośrodkach: w małych kontynentalnych greckich miejscowościach, jak Kokkino Nero i Velice, oraz na Korfu, na Rodos i Krecie, a także w Chorwacji. W każdej jest polska informacja turystyczna i, z wyjątkiem nielicznych miejscowych, sami Polacy.

Biuro zapewnia, że pomysł przyniosło życie. Gdy Rainbow zbadało, dlaczego tylko 6 proc. Polaków, czyli 2 mln osób, w wakacje rusza się z kraju, okazało się, że nie chodzi o ceny (nad Bałtykiem często bywa drożej), ale o obawy. Pierwsza przyczyna to bariera językowa. – Po drugie, większość Polaków lubi spędzać czas ze znajomymi, przyjaciółmi, więc do tej pory np. wynajmowali co roku wspólnie kwaterę nad Bałtykiem. Kolejna rzecz: Polacy boją się, że sobie nie poradzą – opowiada Radomir Świderski z Rainbow. – Z naszych badań wynika, że choć zagraniczne wczasy są dla wielu Polaków spełnieniem marzeń, to wiążą się z silnymi obawami.

Polskie strefy miały ten lęk złagodzić. Tym bardziej że lęków jest dziś sporo. Kraje Afryki Północnej, czyli Egipt, Tunezja, Maroko, a także Turcja – wcześniej obowiązkowe wakacyjne destynacje Polaków – są dziś niemal puste. Andrzej Betlej, niezależny ekspert branży turystycznej z Instytutu TravelData, mówi wręcz o wielkich zmianach w geografii turystycznej, które zaszły po 2011 r. Wiąże je z licznymi niepokojami społeczno-politycznymi i aktami terrorystycznymi, które zmieniały poziom bezpieczeństwa w popularnych rejonach wypoczynkowych. Na to nałożyły się czynniki ekonomiczne, czyli lepszy stan budżetów domowych mieszkańców Polski B, efekt wzrostu wynagrodzeń oraz wypłacania 500 plus.

Biurom przybyło więc mniej zamożnych klientów – debiutantów. – Rainbow skierował swoją ofertę polskich stref do liczącej około 350 tys. osób grupy, która jest „nową falą w turystyce” – mówi Andrzej Betlej. – W dominującym stopniu są to ludzie, którzy jadą pierwszy raz, właśnie dlatego, że umożliwiają im to nowe warunki ekonomiczne. Gdyby stan świata był podobny do tego sprzed pięciu lat, pewnie wybraliby Turcję, najpopularniejszą w tamtym czasie wśród Polaków, względnie Egipt lub Tunezję. Dobry hotel z basenem i dostępem do morza można było w tamtej części świata dostać nawet o połowę taniej niż w Europie.

W 2012 r., po arabskiej wiośnie, Polacy masowo jeździli do Turcji, modny stawał się Egipt (30-procentowy wzrost w samym 2012 r.), coraz popularniejsza Tunezja (wzrost o 7 proc. w 2012 r.). Jednak kolejne lata – i niepokoje społeczne zapoczątkowane przez zamieszki po odsunięciu od władzy w Egipcie Muhammada Mursiego w lipcu 2013 r. – wystraszyły turystów. Od tego czasu co roku liczba Polaków w tych krajach spadała. W Tunezji w 2015 r. z około 50 tys. polskich turystów zostało 3,5 tys., w Egipcie z grubo ponad 100 tys. została jedna trzecia.

2016 r. przyniósł odwrót Polaków od Turcji – ze 180 tys. turystów każdego lata zrobiło się około 50 tys. – oraz dalszą marginalizację Egiptu (do skromnych 13 tys. turystów z Polski, zjeżdżających w miesiącach letnich). ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]