POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 23-25

Polityka

Ewa Siedlecka

Ścigani biegli

Biegły, który wydał w procesie „doktora G.” opinię sprzeczną z oczekiwaniem prokuratury, został postawiony w stan oskarżenia. Grozi mu do 10 lat więzienia. Biegli dostają ostrzeżenie. Tak PiS przejmuje wymiar sprawiedliwości.

Pierwszym ostrzeżeniem dla biegłych było uchwalenie w kwietniu zeszłego roku, z inicjatywy PiS, zmiany Kodeksu karnego: podniesiono karę za wydanie fałszywej opinii mającej służyć za dowód w postępowaniu. Jednocześnie z podniesieniem kary za umyślne wydanie fałszywej opinii PiS dodał do Kodeksu karnego nowe przestępstwo: wydania fałszywej opinii „nieumyślnie”. Od razu wzbudziło to wątpliwości tak praktyków, jak teoretyków prawa. Bo jak można niechcący wydać fałszywą opinię? Samo słowo „fałszywa” sugeruje świadome działanie. Nieświadomie można wydać co najwyżej opinię błędną.

Drugie ostrzeżenie było we wrześniu zeszłego roku, gdy policja z prokuraturą weszły z przeszukaniem do mieszkań biegłych, którzy w procesie wytoczonym lekarzom przez rodzinę Zbigniewa Ziobry wydali opinię, że nie było zaniedbań w leczeniu ojca ministra. Nie wiadomo, czego szukano w domach biegłych, skoro przeszukanie uzasadniono zbyt drogą wyceną ekspertyzy. Ale zdarzenie odbiło się szerokim echem.

Teraz mamy akt oskarżenia za wydanie fałszywej opinii. W jednej ze spraw przeciw kardiochirurgowi „doktorowi G.” sąd, mając wątpliwości co do ekspertyz dostarczonych przez prokuraturę i pokrzywdzonych (rodzinę pacjenta), zamówił kolejną ekspertyzę. Chodzi o sprawę przyczynienia się do śmierci pacjenta przez zostawienie mu w sercu gazika podczas operacji wszczepienia zastawki. Poprzedni biegli nie zapoznali się z całością dokumentacji, a ich opinie sąd uznał za niejasne i niepełne. Dlatego zamówił kolejną – u doświadczonego, emerytowanego kardiochirurga, prof. J.

Kardiochirurg sporządził ekspertyzę, w której napisał, że pozostawienie gazika w sercu pacjenta było błędem, ale odpowiada za to instrumentariuszka (która wcześniej, w innym procesie, została uniewinniona). Uznał, że „doktor G.” nie jest winien, bo zlecił natychmiastowe badanie po operacji, gdy tylko instrumentariuszka poinformowała, że gazik mógł zostać w sercu. Badanie nie wykazało obecności gazika. Potem za opiekę odpowiedzialni byli lekarze na OIOM i jeśli niezlecenie powtórnego badania było błędem, to oni za ten błąd odpowiadają. Nie zlecili, bo stan pacjenta się poprawiał. „Doktor G.” zlecił badanie natychmiast, gdy jego stan się pogorszył. Okazało się, że gazik jest – i natychmiast go usunął.

Pacjent zmarł po dwóch miesiącach od reoperacji. Biegli stwierdzili, że przyczyną śmierci była „niewydolność wielonarządowa” (pacjent przed operacją był ogólnie bardzo schorowany). Biegły, prof. J., w swojej opinii różnił się od pozostałych biegłych, uznając, iż nie można powiedzieć, że pozostawienie gazika bezpośrednio przyczyniło się do śmierci pacjenta.

W lutym na rozprawę przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Mokotowa sąd wezwał biegłego, żeby prokuratura i pełnomocnik pokrzywdzonych mogli zadać mu pytania dotyczące ekspertyzy. Podczas przesłuchania pełnomocnik pokrzywdzonych wielokrotnie ostrzegał go, że wydanie fałszywej ekspertyzy jest przestępstwem, i zachęcał, by zmienił zeznania. Biegły się nie ugiął.

Na kolejną rozprawę prokurator przyszedł z postanowieniem o postawieniu biegłemu J. zarzutu z art. 233 par. 4 kk: „Kto, jako biegły, rzeczoznawca lub tłumacz, przedstawia fałszywą opinię, ekspertyzę lub tłumaczenie mające służyć za dowód w postępowaniu określonym, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”. Prokurator zażądał, by dołączyć to postanowienie do akt jako dowód, że opinia biegłego jest fałszywa. Miał nadzieję, że sąd wyrokując, nie weźmie tej opinii pod uwagę.

Akt oskarżenia prof. J. dostał przed rozprawą zaplanowaną na 17 maja, a więc mógłby, gdyby chciał, wycofać swoją opinię i uniknąć odpowiedzialności. Być może na to właśnie liczyła prokuratura.

Prokuratura działała błyskawicznie: 5 kwietnia do Prokuratury Okręgowej w Warszawie trafia notatka prokuratora o możliwości popełnienia przestępstwa przez biegłego. 7 kwietnia jest decyzja o wszczęciu postępowania. 10 kwietnia prokuratura stawia biegłemu zarzut, a 28 kwietnia sporządza akt oskarżenia.

Prokurator daje takie oto uzasadnienie: opinia jest fałszywa, bo pozostali biegli byli innego zdania. Opinia prof. J. jest „rażącym odstępstwem od wiedzy medycznej, zaś biorąc pod uwagę doświadczenie lekarskie i tytuły naukowe J., wydanie przez niego opinii sprzecznej z powyższymi zasadami wskazuje na działanie celowe”.

Prokuratura jako jedynego świadka sfałszowania opinii przez J. podała pełnomocnika rodziny pacjenta: adwokata, a więc osobę nieposiadającą wiedzy medycznej. Jedynym dowodem w sprawie są zaś akta sprawy karnej „doktora G.”, liczące 18 tomów.

17 maja odbyła się rozprawa z przemówieniami stron, a 31 maja zapadł wyrok uniewinniający dr. G. Sędzia Katarzyna Stasiów oparła się na tym, co w opiniach biegłych było wspólne. Stwierdziła, że ani doktryna, ani sądy nie są zgodne co do tego, czy w sprawie pozostawienia narzędzi w ciele pacjenta winę ponosi ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz także

Wyjaśnienia