POLITYKA

Piątek, 18 stycznia 2019

Polityka - nr 32 (2516) z dnia 2005-08-13; s. 78-79

Społeczeństwo / Dziwna kariera Tyszkiewicza

Piotr Pytlakowski

Śmierć Sycylijczyka

Bogdan Tyszkiewicz (51 l.), praski cwaniak, warszawski polityk, działacz sportowy, żył niezwyczajnie i odszedł wbrew schematom. Kiedy umarł, zapewne wielu z ulgą odetchnęło, bo zabrał do grobu ich wstydliwe tajemnice. Ale wciąż otwarte jest pytanie: dlaczego tak łatwo do świata polityki przenika świat mafii?

Mawiał o sobie: – Jestem chłopak z Pragi. Zginął u siebie, na Pradze. Kiedy do jego domu przy ul. Witkiewicza weszli policjanci, leżał w kałuży krwi na podłodze sypialni. Miał poderżnięte gardło.

Sprawcę funkcjonariusze dopadli w pobliżu ronda Starzyńskiego. Próbował ich zaatakować, jednego zranił w rękę, drugiemu przeciął tylko mundur na piersiach. Dopiero postrzelony w nogę dał się obezwładnić. Przewieziono go do szpitala. Rana okazała się groźna, kula strzaskała kość, lekarze musieli dokonać amputacji.

Po dwóch dniach zabójca doszedł do siebie na tyle, że złożył pierwsze zeznania. Przyznał się do zbrodni. Zabił, bo puściły mu nerwy. „Pokłóciłem się z Bogdanem” – wyjaśnił. O co? Sprawy osobiste. Jakie? Tego na razie nie wiadomo. Najprawdopodobniej chodziło albo o pieniądze, albo o dziewczynę. Ofiara zabójstwa, czyli Bogdan Tyszkiewicz, przez całe swoje życie uczucia dzielił po równo między forsę i kobiety. Ale kochał też hokej. – Gdyby ...