POLITYKA

Niedziela, 17 lutego 2019

Polityka - nr 9 (2544) z dnia 2006-03-04; s. 42-43

Gospodarka / Mieszkania

Urszula Szyperska

Spółdzielcze triki

Budują coraz mniej i coraz częściej upadają. Korzystają z przywilejów i uciekają przed odpowiedzialnością. Spółdzielnie są dziś inwestorem, któremu strach powierzyć pieniądze.

Ceny mieszkań były, jak na Warszawę, umiarkowane (950 dol. za metr), a lokalizacja domu znakomita: cicha uliczka, w pobliżu stacja metra Służew. Tempo robót też zapowiadało się świetnie. W umowie podpisanej 9 września 2002 r. przez Andrzeja Szelińskiego ze spółdzielnią Domena czytamy: „Termin przekazania do eksploatacji to lipiec 2003 r.”. Spółdzielnia podawała kupującym mieszkania przy ul. Studenckiej 31 różne daty zakończenia inwestycji, ale rezultat był zawsze taki sam: do dziś żaden kolejny termin nie został dotrzymany.

Umowy nie przewidują odpowiedzialności spółdzielni za opóźnienia: odszkodowania mogą być wypłacane tylko z kar umownych obciążających wykonawcę budynku. Szkopuł w tym, że według wykonawcy to Domena winna mu jest pieniądze. – Spółdzielnia miała nam płacić za roboty co miesiąc, ale nie dostaliśmy w terminie pieniędzy nawet za pierwsze faktury. W grudniu 2004 r. zaległości, łącznie z odsetkami, sięgały prawie dwóch milionów złotych. Dlatego wstrzymaliśmy roboty – mówi Jarosław Zastawny, ...

Przedwojenny średniak, socjalistyczny moloch

Spółdzielnie zbudowały w ubiegłym roku tyle samo mieszkań (7,8 tys.), ile przybywało ich średnio po przywróceniu tej formy budownictwa, czyli w latach 1957–1959. Przywrócenie nastąpiło po kilkuletniej przerwie, w czasie której powstawały tylko skromne ilości darmowych mieszkań, finansowanych przez państwo. Spółdzielcza droga miała być lekarstwem na inwestycyjny zastój. Dla wielu okazała się drogą donikąd. Spółdzielcza kolejka po mieszkania wydłużała się, w 1990 r. czekało w niej 911 tys. członków i prawie 1,5 mln kandydatów. Problem kolejki rozwiązał się sam: budżetu państwa nie było stać na coraz większe dopłaty do kredytów, a czekających na mieszkanie na zaciąganie pożyczek na rynkowych zasadach. Niedobór mieszkań pozostał.

Do podstawowych zasad spółdzielczości należą: dobrowolność zrzeszania się, równość praw, samorządność gospodarcza, obowiązek troszczenia się o interesy członków. Rola monopolisty, wykonawcy polityki mieszkaniowej państwa, przekreślała wszystkie te zasady. W latach 70. spółdzielnie budowały ponad 100 tys. mieszkań rocznie, ale był to wątpliwy sukces. Tylko część mieszkań przydzielano członkom, większość przejmowały zakłady pracy i władze miast. Państwo dawało pieniądze (kredyt na budownictwo lokatorskie nie był oprocentowany, 40–50 proc. kredytu umarzano) i narzucało swoje warunki. Spółdzielczość została w praktyce upaństwowiona. Dziś państwo nie daje nic, ale próby powrotu do źródeł, do podstawowych zasad, udają się rzadko. Spółdzielnie są przede wszystkim zbyt duże. Z 3,4 mln mieszkań spółdzielczych połowa znajduje się w kolosach wielkości małego miasta (więcej niż 5 tys. lokali). Przedwojenna Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, uważana do dzisiaj za niedościgły wzór, zbudowała do 1938 r. 1,6 tys. mieszkań. Teraz należałaby do średniaków. Na małe spółdzielnie (do 300 lokali) przypada zaledwie 4,2 proc. mieszkań. Tymczasem to w nich członkowie mogą mieć rzeczywisty, bezpośredni wpływ na działalność spółdzielni.