POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Społeczeństwo w likwidacji

Dwa najważniejsze wydarzenia sezonu politycznego – ogłoszenie wyników wyborów w Niemczech i ogłoszenie ustaw sądowych prezydenta Andrzeja Dudy – przyniosły podobne rozstrzygnięcia: jest mniej więcej tak, jak wszyscy się spodziewali, a najważniejsza i najciekawsza gra dopiero się zaczyna. Jednak cokolwiek się stanie, dla rządzącej w Polsce formacji zmienia się kontekst zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej polityki. Dziś bardziej gorący wydaje się front wewnętrzny. Na dramatyczne pytanie postawione w prasowym wywiadzie przez prezesa Kaczyńskiego „Czy prezydent jest z nami?”, jednoznaczna odpowiedź nie padła. Mimo że propozycje Andrzeja Dudy zamykają się w formule „Ziobro plus”, czyli są bardziej cywilizowaną (niż zaproponowana wcześniej przez ministra sprawiedliwości) formułą naruszenia trójpodziału władzy, PiS zachował wobec prezydenta chłodny dystans. Nie padła deklaracja wojny na górze ani też pokoju na ziemi. Także opozycja, która mniej lub bardziej jawnie liczyła na „bunt Dudy”, może się czuć skonfundowana. Prezydent usytuował się gdzieś pomiędzy frontami, ale jednak zdecydowanie bliżej okopów PiS.

Andrzej Duda, ogłaszając swoje propozycje, wyraźnie pozował na ponadpartyjnego arbitra, kierującego reformę sądownictwa do „zwykłych ludzi, często krzywdzonych przez wymiar sprawiedliwości”. Ale już samo użycie formuły o „krzywdzie sądowej” – jakby żywcem zaczerpnięte ze słynnej kampanii na billboardach – odsłania pisowską naturę projektów. Tak czy owak, władza sądownicza nie jest bowiem godna samodzielności i niezależności, z jakichś (sobie znanych) powodów krzywdzi ludzi, powinna więc podlegać surowej kontroli sprawowanej przez polityków. Z tym że najbardziej przez prezydenta, który – co Andrzej Duda uznał za oczywiste – powołuje sędziów, choć konstytucja jako żywo takiej władzy mu nie daje, ograniczając tu kompetencje głowy państwa do czynności formalnych. Zapowiadana, przez jednych z obawą, przez innych z nadzieją, „wielka wojna na górze PiS” zmierza więc do traktatu pokojowego; dlatego ciekawszy niż, w sumie przewidywalny, wynik tego trwającego kilka tygodni sporu w rodzinie jest jego przebieg.

Nie dowiemy się, czy i w jakim stopniu „sprawa profesora Królikowskiego” wpłynęła na ostateczny kształt ogłoszonych przez prezydenta ustaw sądowych. Być może w żaden, bo nawet opozycyjni „Dudaoptymiści” nie mieli już ostatnio nadziei, że oczekiwane z takim napięciem ustawy będą się istotnie różnić od pierwotnych propozycji PiS. Niemniej otwarty atak mediów rządowych na kluczowego w tej sprawie doradcę prezydenta i to tuż przed godziną zero, nie sposób uznać za przypadkowy. Wszyscy ludzie prezydenta mogli i powinni byli odczytać przesłanie, żeby już raczej nie buntowali Andrzeja Dudy, nie zaburzali jego lojalności wobec drużyny. Przy okazji zobaczyliśmy kolejne praktyczne zastosowanie metody dyfamacji (słowo spopularyzowane przez prezesa), tym razem w odniesieniu do drugiego, obok sędziów, najważniejszego środowiska prawniczego – adwokatury. Widać, że jeśli będzie taka polityczna potrzeba, każdy adwokat może być publicznie oskarżony o udzielanie pomocy przestępcom (zresztą zgodnie z prawdą). Tak jak ze słynnej akcji billboardowej dowiedzieliśmy się, że sędziowie okazali szczególne względy pedofilowi, że wypuścili za kaucją oszusta, jeden z nich jechał po pijanemu, a drugi ukradł spodnie. Nieważne, że bodaj w żadnej ze spraw „nie było tak, jak napisali, że było”; każde środowisko i grupa zawodowa uznane przez władzę za nieprzyjazne mogą być następne w kolejce do dyfamacji.

Ta władza we wszystkim, co robi, ma jakąś trudną do zrozumienia nadwyżkę arogancji i agresji. Jakby samo sprawowanie rządów, możliwość kształtowania rzeczywistości, nakładania obowiązków czy wydawania poleceń nie wystarczały, jakby trzeba było jeszcze kopnąć każdego, kto jest w zasięgu buta. Przecież bardzo głębokie, zgoła rewolucyjne, zmiany zaproponowane w nauce i szkolnictwie wyższym przez wicepremiera Jarosława Gowina (s. 8 i 64) zostały dość dobrze przyjęte przez środowiska akademickie, bo były z nimi jakoś konsultowane, bo nie potraktowano profesury jak zwykłych „ubeckich złogów”. Znaczna część obecnych pretensji kierownictwa PiS wobec samowoli Gowina ewidentnie polega na tym, że złamał on podstawową zasadę „dobrej zmiany”: o nic nie pytać, nikogo nie słuchać, oponentów poniewierać, robić swoje i niech lewactwo kwiczy.

Ani przed wyborami, ani po nich nikt rozsądny (łącznie z nagranymi u Sowy politykami PO) nie twierdził, że polskie państwo jest perfekcyjnie zorganizowane, sprawne, przyjazne. Liczne środowiska (dziś traktowane en bloc jako wrogie elity) miały poczucie, że dotychczasowy model rozwoju się wyczerpuje, przygotowywano różne, czasem bardzo ambitne, projekty zmian. (W sądownictwie firmował je duet Gowin-Królikowski). Gdyby nie irracjonalne lęki, jakieś przykrywane agresją kompleksy pisowskiej ekipy, potrzeba godnościowego odwetu na poprzednikach, to wszystko nie musiałoby pójść na marne.

Przykład z tego tygodnia: od 1 października wracamy do ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]