POLITYKA

Sobota, 20 lipca 2019

Polityka - nr 19 (2297) z dnia 2001-05-12; s. 80-85

Świat

Andrzej Garlicki

Spotkanie na Trzecim Moście

Gdyby prezydent Wojciechowski nie wyjechał do Spały, nie byłoby zamachu majowego

Nie ulega wątpliwości, że trzydniowe krwawe walki w stolicy w maju 1926 r. były jednym z najważniejszych, jeśli nie wręcz najważniejszym wydarzeniem w krótkich dziejach II Rzeczypospolitej. Ich znaczenie przyrównać można tylko do Bitwy Warszawskiej 1920 r., ale w 1920 r. walczono z rewolucyjną Rosją o niepodległość Polski, podczas gdy w 1926 r. mieliśmy do czynienia z walką bratobójczą. Sytuacja moralna żołnierzy była więc całkowicie odmienna.

Zamachy stanu i przewroty polityczne rzadko kiedy są jedynie rezultatem przywódczych ambicji jednostek. Mieliśmy zresztą u zarania Polski Odrodzonej i taki przypadek, gdy w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r. grupa spiskowców kierowana przez pułkownika Mariana Januszajtisa, księcia Eustachego Sapiehę, Tadeusza Dymowskiego i Jerzego Zdziechowskiego aresztowała premiera Jędrzeja Moraczewskiego i kilku jego ministrów. Do zamierzonego aresztowania Józefa Piłsudskiego nie doszło, bo zamach stanu zlikwidował szef Sztabu Generalnego gen. Stanisław Szeptycki, który postawił na baczność usiłujących go aresztować żołnierzy i na tym ta operetkowa impreza się zakończyła. Chodziło tu zresztą nie tyle o ambicje przywódcze, co zwykłą głupotę polityczną.

Dwaj mocni ludzie

To co wydarzyło się w maju 1926 r., miało przyczyny o wiele głębsze. Uchwalona w marcu 1921 r. konstytucja wyposażyła prezydenta w bardzo niewielkie uprawnienia sprowadzając głowę państwa do roli właściwie wyłącznie reprezentacyjnej. Twórcy konstytucji liczyli się bowiem z tym, że o urząd prezydenta ubiegać ...