POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Strategia szaleńca

Mało relaksowy ten sierpień, nie tylko ze względu na pogodowe anomalie. Media światowe mocno przeżywają pogróżki północnokoreańskiego dyktatora Kim Dzong Una (piszemy o tym też na s. 10), zapowiadającego nuklearne uderzenie w amerykańskie bazy na wyspie Guam. Przez lata Kim rzucał już wielokrotnie najstraszliwsze groźby pod adresem sąsiadów i amerykańskich imperialistów, ale na słowach się kończyło. W dyplomacji ta szczególna metoda negocjacyjna Kimów (podobnie postępowali jego przodkowie u władzy) zyskała nazwę „strategii szaleńca”.

Najkrócej: chodzi o demonstrację własnej nieobliczalności, nieodpowiedzialności, ba, gotowości poświęcenia życia milionów ludzi i spustoszenia także własnego kraju dla utrzymania się przy władzy. Jeśli krwawy i zarazem groteskowy reżim Kimów wciąż trwa, to między innymi dlatego, że nikt, nawet jego chińscy protektorzy, nie chce sprawdzać, ile w tym jest blefu. Atomowy szantaż Kima stał się też testem dla Donalda Trumpa. Bombastyczna odpowiedź Trumpa (obiecującego Kimowi „fire and fury”) zaniepokoiła sojuszników Ameryki, bo retoryczna licytacja amerykańskiego koguta z koreańskim kabotynem może wymknąć się spod kontroli. Niby nikt nie wierzy, że będzie inaczej, niż dotąd bywało, ale jednak amerykańscy i natowscy sztabowcy szykują scenariusze na wypadek Lepiej Nie Mówić Czego.

Jakby tego było mało, za kilka dni Rosja kończy przygotowania do, największych w Europie od zakończenia zimnej wojny, manewrów Zapad 2017. Zapad (dla tych, co nie pobierali rosyjskiego w szkole) znaczy Zachód i taki też będzie kierunek pozorowanych uderzeń. Już w połowie września wzdłuż granicy Rosja–NATO oraz na terytorium Białorusi znajdzie się masa sprzętu i ponad 100 tys. rosyjskich żołnierzy, w tym Pierwsza Gwardyjska Armia Pancerna, uchodząca za ofensywną pięść Armii Czerwonej. Manewry Zapad odbywają się co cztery lata, ale te są pierwsze od czasu aneksji Krymu i dramatycznego pogorszenia stosunków Zachodu z Rosją.

Analitycy natowscy spodziewają się, że jednym z bezpośrednich celów manewrów będzie wprowadzenie wojsk i baz rosyjskich na Białoruś, co oznaczałoby przywrócenie putinowskiej kontroli nad Aleksandrem Łukaszenką i zaszachowanie krajów tzw. wschodniej flanki NATO oraz Ukrainy. Byłaby to zmasowana, przeskalowana odpowiedź na rozmieszczenie w Polsce i krajach nadbałtyckich czterech, w sumie 4-tys., batalionów natowskich. Nerwowość w sztabie NATO budzi złamanie przez Rosję reguł transparentności manewrów przewidzianych w porozumieniu wiedeńskim. Eksperci przypominają, że inwazja zarówno na Gruzję, jak i na Ukrainę była poprzedzona podobnymi ćwiczeniami. A także to, że ćwiczenia Zapad 2009 obejmowały symulowany nuklearny atak na Warszawę. Niby nikt nie wierzy, żeby Putin miał popełnić jakieś szaleństwo, ale trwa strategiczny alert.

Tymczasem nasza armia, która jak zawsze pięknie prezentuje się w uroczystej paradzie z okazji Święta Wojska Polskiego („Przez parę tygodni ćwiczyliśmy marsz do muzyki” – chwalił się w telewizji jeden z dowódców parady), aktualnie jest pozbawiona dowódców, bo kilkudziesięciu doświadczonych i certyfikowanych przez NATO generałów oraz setki innych dowódców minister obrony Antoni Macierewicz zwolnił ze służby (zapewne ulegając własnej paranoicznej podejrzliwości), a „swoich”, wskutek kadrowego weta prezydenta Dudy, nie zdołał powołać.

Tragedia jest, jeśli chodzi o zakupy sprzętu. Jak podaje POLITYKA INSIGHT, marynarka wojenna przystąpiła właśnie do remontowania ostatnich dwóch sprawnych, zbudowanych przez Norwegów pół wieku temu, okrętów podwodnych. To samo ze śmigłowcami: miały być nowe, nie ma żadnych. Marzenia o szybkim zakupie rakiet Patriot okazały się mrzonką. Zamiast modernizacji armii mamy „żołnierzy wyklętych Macierewicza”, czyli oddziały partyzanckiej obrony terytorialnej; mamy otwarty, kompromitujący konflikt z prezydentem; do tego brednie firmowanej przez MON komisji smoleńskiej, kabaretowe plany budowy pociągu pancernego z salonką dla ministra, zakupu 2 tys. ręcznych miotaczy ulotek i jeden realny sukces – sprowadzenie, bez przetargu, luksusowych samolotów dla rządowych vipów.

W tej sytuacji nawet podejrzenia zawarte w książce Tomasza Piątka czy też w artykułach zachodnich gazet, że Macierewicz może być manipulowany przez rosyjską agenturę, tak naprawdę nie mają znaczenia. Wystarczą suche fakty, aby nabrać przekonania, że szef MON szkodzi polskiej armii, obronności, bezpieczeństwu i powadze państwa.

Dlaczego zatem Jarosław Kaczyński go nie zdymisjonuje? Wiadomo: Smoleńsk, poparcie o. Rydzyka i narodowców, gwarancja sterowania kontraktami zbrojeniowymi, budowy partyjnej armii itp. Ale też pełna bezkarność spowodowana zanikiem w PiS merytorycznych, pozapartyjnych, kryteriów oceny kadr (s. 15). Jeśli władza nie uznaje żadnych autorytetów ani ekspertów, oprócz własnych, jeśli każdą krytykę traktuje jako akt wrogi lub niebyły, jeśli opinie zagraniczne są neutralizowane argumentami o nieznajomości faktów, manipulacji lub ataku na suwerenność, to minister (ten i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]