POLITYKA

Niedziela, 19 listopada 2017

Polityka - nr 27 (3117) z dnia 2017-07-05; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Ludwik Dorn

Ludwik Dorn

Strusie z Platformy

Jeszcze tylko wizyta Trumpa, położenie wieka na trumience wymiaru sprawiedliwości i… uff, wakacje. We wrześniu początek nowego sezonu politycznego, a teraz czas na bilans zamknięcia starego.

Kiedy po sławetnym brukselskim laniu PiS-owi w sondażach zaczęło spadać, a PO – rosnąć, wielu komentatorów uznało, że powtarzalny fakt, iż po półtora roku od objęcia władzy obóz rządzący wpada w tarapaty, ma charakter prawa natury. A tu czasu minęło mało wiele i PO spadło, że ojej, a PiS-owi wzrosło, że ho, ho.

Coś się stać musiało, bo nie ma skutku bez przyczyny. Nie stało się po stronie PiS – jest, jaki był, niczym nowym szczególnie nie błysnął. Skoro tak, to coś musiało się stać po stronie opozycji, i to nie całej, bo Nowoczesna wyszła na prostą, sformułowała to, na co jej polityczna klientela czekała, czyli neoliberalne gospodarczo, liberalne obyczajowo i federacyjno-integracyjne w kwestiach europejskich przesłanie, i ustabilizowała swoje poparcie na naturalnie jej przynależnym poziomie ok. 7 proc. Czyli – postępujemy dalej drogą dedukcji eliminacyjnej – coś się stało i to po stronie Platformy Obywatelskiej. Dlatego trzeba sporządzić bilans dokonań tej partii w ciągu ostatnich miesięcy i będzie to bilans złożony wyłącznie z plusów ujemnych.

Najpierw jednak uwaga o charakterze trochę metodologicznym, a trochę ontologicznym. Potocznie w komentarzach politycznych daje się wyraz przekonaniu, że partie mają swoje „twarde” elektoraty (wyborców, którzy na nie głosują, bo tak mają), wyborców rozmiękczonych (takich, którzy raczej na partię zagłosują, ale mogą zmienić zdanie) i wyborców labilnych, których można łatwo utracić. Między partiami trwa zatem przeciąganie liny – tak by labilnych do siebie przyciągnąć, a rozmiękczonych jeszcze bardziej rozmiękczyć. Coś jest na rzeczy, ale nie do końca.

W rzeczywistości bowiem pod względem aktywności wyborczej Polacy dzielą się na trzy grupy: wyborców regularnych (chodzą na wszystkie wybory, to ok. 35 proc.), politycznych cywili, którzy nigdy na wybory nie pójdą (jakieś 25 proc.) oraz pospolite ruszenie, które raz się zbierze, a raz nie. W tej grupie pospolitaków największe polityczne znaczenie mają wyborcy rotacyjni, którzy do wyborów parlamentarnych chodzą co dwie kadencje. Zagłosują, ale później z rezultatów nie są zadowoleni i po czterech latach zostają w domach, a jak się zdenerwują, to po ośmiu latach znowu stają przy urnach.

W Polsce, w przypadku partii o szerokim przesłaniu (tzw. catch all parties), nienastawionych na wąski segment wyborców o sprecyzowanych interesach lub poglądach, cała sztuka polega na tym, aby jak największą grupę wyborców przeciwnika z ostatnich wyborów skłonić do niegłosowania w najbliższych wyborach, a jak największą grupę wyborców przez cztery lata „zawieszonych” przyciągnąć do siebie. Te dwie grupy nie są specjalnie zainteresowane polityką, nie wnikają w szczegóły, konstruują sobie ogólny obraz danej partii i wedle tego podejmują decyzje przy urnie.

Oceńmy zatem, jak PO zachęca słabo zainteresowanych polityką wyborców PiS, aby podczas najbliższych wyborów pozostali w domach, i jak starała się przyciągnąć do siebie tych, którzy w 2015 r. pozostali w domach, a mogą pojawić się przy urnach w 2019 r.

Najpierw sztuka największa: Platformie udało się wprawić w stan dygotu potężne grupy beneficjentów 500+. Konia z rzędem temu, kto wie, co z tym programem PO zrobi, jeśli obejmie władzę. Najpierw było: w całości zachowamy, a dodamy jeszcze wszystkim, niezależnie od dochodów, którzy mają tylko jedno dziecko. A potem poszło: odbierzemy tym, którzy mogliby pracować, a nie pracują. A potem jeszcze: zabierzemy tym, którzy ze względu na dochody nie potrzebują.

Przestraszyć mogli się właściwie wszyscy, a Polacy na jedno mają wyczulone ucho i pamięć słonia: jak politycy mówią, że im coś zabiorą. Jak politycy mówią, że im coś dodadzą, to ludność traktuje to z pewnym sceptycyzmem. Ale jak, nie daj Boże, powiedzą, że zabiorą, to traktuje tę deklarację jako stuprocentowo wiarygodną, a ponadto sądzi, że zabiorą więcej, niż mówią, że zabiorą.

Zapowiedź (wiceministra finansów związanego z SLD, a obecnie czołowego eksperta podatkowego PiS Witolda Modzelewskiego) wprowadzenia podatku katastralnego w wysokości 10 proc. wartości nieruchomości z 1994 r. wywołała trwałą traumę i obecnie samo słowo „kataster” działa na Polaków jak płachta na byka. Z kolei konferencja Marka Belki na trzy dni przed wyborami w 2001 r. z zapowiedzią radykalnego programu oszczędności budżetowych kosztowała koalicję SLD-UP utratę większości bezwzględnej w Sejmie (wynik wyborczy: 41 proc., średnia sondażowa przez trzy miesiące przed wyborami ok. 46,5 proc.). Grzegorzowi Schetynie na własne życzenie udało się powtórzyć wszystkie błędy ministró...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]