POLITYKA

Sobota, 25 maja 2019

Polityka - nr 37 (2210) z dnia 1999-09-11; s. 92-97

Na własne oczy

Tomasz Tomczyk

Sudańska fabryka głodu

Wokół snują się nagie postacie o patyczkowych kończynach i olbrzymich głowach. Obcy czuje się tu nieswojo. Jest jak na innej planecie, otoczony przez mieszkańców o twarzach mędrców i zanikłym ciele.

Najsłabsze dzieci leżą w cieniu drzew nie mając sił, by odgonić z twarzy muchy. Trzylatki nie potrafią jeszcze chodzić. Dzieci wyglądające na cztery lata, mają siedem. W centrach terapeutycznych południowego Sudanu tygodniami balansują na granicy życia i śmierci. Wolontariusze organizacji "Lekarze bez granic" przyjmują je tu, gdy ich waga spada poniżej 60 proc. normalnej. Nagość jest wszechobecna.

Obóz Bararud uchodzi za najlepiej zorganizowany: jest tu dobry pas startowy i każdy wolontariusz ma swoją własną tuku - okrągłą, glinianą chatkę. Każda tuku wygląda tak samo i z małymi udoskonaleniami może służyć za sypialnię, kuchnię lub toaletę. Wszystkie chatki wybudowali lokalni Sudańczycy. Pieniądze nie mają tu żadnej wartości. "Lekarze bez granic" musieli zapłacić za nie w naturze. Każda tuku warta jest 50 podkoszulek, 10 kilogramów soli i 3 sztabki mydła.

Obóz w Ajiep przypomina sceny z filmu "Czas Apokalipsy". Po polnych drogach snują się ludzkie szkielety, wymijają ich jadący na rowerach młodzieńcy w białych podkoszulkach. Z oddali dochodzi gwar i&...

Tagi

Sudangłód