POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 2 (2175) z dnia 1999-01-09; s. 34-35

Świat

Grzegorz Dobiecki

Supermarket w Pirenejach

Jesteśmy krajem pogranicza, a to zawsze dość specyficzne miejsce. Proszę tego nie sprowadzać wyłącznie do upodobań kupieckich. Andora wielokrotnie przecież w historii była azylem dla żołnierzy, polityków, buntowników. Mój ojciec, hiszpański republikanin, schronił się w Andorze przed reżimem generała Franco. Ocalił w ten sposób życie. Po II wojnie światowej Hiszpania była teoretycznie izolowana przez europejskie demokracje z racji swego dyktatorskiego reżimu, ale przez Andorę właśnie docierało do Hiszpanii wszystko to, co było jej potrzebne. Demokracje przymykały na to oczy. Hiszpania korzystała z Andory, Andora z Hiszpanii - i to jest właśnie specyfika kraju pogranicza.

Kim właściwie jesteście? Z dumą mówicie o sobie: Andorczycy, a przecież waszym oficjalnym językiem jest kataloński?

Wywodzimy się z kręgu kultury, powiedziałbym: pirenejskiej, lecz z mnóstwem korzeni po stronie Katalonii. Niemniej nigdy nie uważaliśmy się za Katalończyków. Już choćby dlatego, że andorska tożsamość istniała na długo przedtem, nim w ogóle zaczęto mówić o Katalonii, Hiszpanii, Francji. Żyliśmy w górskim ustroniu zapomnianym przez wszystkich, o którym nikt nie myślał jako o terytorium do podbicia. Toteż wszystkie potęgi dały nam - na szczęście - spokój przez siedem wieków.

I nigdy nie mieliście armii?

Nigdy. Co więcej, już w XIII w. z umów arbitrażowych między dwoma współksiążętami wynikało, że dzielący między siebie suwerenną zwierzchność nad Andorą sąsiedzi nie mają prawa fortyfikować tej krainy ani też uzbrajać Andorczyków. Inna sprawa, że zawsze byliśmy gotowi stanąć pod bronią, by strzec naszej ziemi. Nie sądzę jednak, by miało do tego kiedykolwiek ...