POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 19 (3109) z dnia 2017-05-10; s. 34-35

Społeczeństwo

Marta Mazuś

Święty Tomasz z Oławy

Byli uchodźcami z daleka, więc przyjął ich do siebie. Jedni twierdzą, że zwariował, inni, że ratuje honor całej Polski.

Syryjczycy mówią o nim anioł, a wtedy on ze skromności cały się rumieni. Przecież nie robi nic wielkiego. Dał im tylko mieszkanie, płaci za nich rachunki, pomaga znaleźć pracę, załatwia 500+, zasiłki i inne urzędowe sprawy, zaprasza na wspólne wyjazdy, a gdy jest ciepło – na grilla. No i od czasu do czasu podrzuci im stówkę lub dwie, ale tak dyskretnie, żeby nie nadwerężyć za bardzo ich syryjskiej dumy.

Już dwa lata są razem. W małej Oławie, 27 km na południowy wschód od Wrocławia. Tomasz Wilgosz i jego polska rodzina – żona oraz trójka dzieci – i rodzina syryjska, a właściwie dwie.

Przylecieli do Polski w 2015 r., razem ze 150 innymi Syryjczykami, których sprowadziła Fundacja Estera i którzy w atmosferze skandalu trafili do parafii i rodzin w całym kraju. Większość sprowadzonych już dawno uciekła od swoich opiekunów – wybrali dobrobyt zachodnioeuropejski. Zostali nieliczni, zaledwie 13 rodzin, w tym właśnie oławscy Syryjczycy Tomasza.

Tomasza nachodzi czasem myśl, że może już wystarczy tego miłosierdzia, może już powinien przeciąć pępowinę? Ale nie potrafi.

Jako Samarytanin

Jeszcze do niedawna jego życie było zwyczajne. Po skończonych studiach, teologii i matematyce, umiejętnie połączył racjonalność z metafizyką, założył firmę marketingową. Założył też rodzinę. Trójka dzieci, żona nie chciała więcej, więc na tym poprzestali. Piękny dom, co rano msza, co roku zagraniczne wakacje i nagle te wszystkie dokonania zaczęły się Tomaszowi wydawać zawstydzająco małe.

Pamięta ten moment, gdy jechał samochodem i nagle w radiu podali informację, że zatonął statek z pięciuset uchodźcami, którzy próbowali przedostać się do Europy. Tomasz wie, że wielu takie wiadomości zagryza kotletem i popija winem, siedząc wygodnie przed telewizorem, ale on, gdy to usłyszał, musiał aż zjechać samochodem na pobocze. „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”, „przechodził obok niego, podszedł i opatrzył mu rany” – słowa Ewangelii rezonowały mu w głowie.

Na szansę wykazania się świadectwem wiary nie musiał czekać długo. Usłyszał o Esterze, która sprowadza do Polski uchodźców z Syrii, a w dodatku chrześcijan. Akurat chora teściowa przeniosła się do ich domu, została po niej w pobliżu wolna kawalerka. Gdy wysyłał do fundacji zgłoszenie z deklaracją pełnej opieki, czyli zapewnieniem mieszkania i utrzymania przez rok, myślał, że nie zostanie wybrany. Że tylu chętnych będzie do pomocy. Myślał, że w katolickim kraju dla wszystkich to jest jasne, że to nie uchodźcy, a sam Chrystus przychodzi.

Jako opiekun

Na początku Chrystus przyszedł do Tomasza w trójcy, ale bardzo szybko się rozmnożył. Bo okazało się, że przydzielona mu rodzina z miasta Homs, 70-letni Adel, w Syrii dyrektor szkoły, jego żona Salwa i ich syn Mimoz, mechanik, to tak naprawdę tylko część rodziny. Druga część – czyli Toni, brat Mimoza, didżej i właściciel sklepu, jego żona Carmen, studentka francuskiego, i ich 5-letni synek Adel – trafiła do Ciechanowa. Wiadomo, chcieli być razem. Tomasz poddał się ich woli, choć drugiego lokum do rozdania już nie miał. Na szczęście miał wokół siebie wspierających znajomych. Ktoś zadeklarował, że dodatkowej trójce wynajmie mieszkanie po obniżonym czynszu, Estera zgodziła się przez rok za nie płacić, a Tomasz wreszcie mógł zacząć udowadniać, że polska gościnność to nie puste słowa.

Był lipiec, wakacje, w całości więc poświęcił się temu. Były wycieczki po okolicy. Sklepy, wizyty w jego polskim domu, basen, na który od razu wykupił im karnety. Porozumiewali się, jak umieli – na migi, dzięki ograniczonej angielszczyźnie Toniego, a najbardziej dzięki pomocy Google Translatora.

Tomasz starał się być wrażliwy na potrzeby gości. Potrzebowali internetu – założył. Nie mieli sprawnych telefonów – wykupił każdemu abonament. Dowiedział się, że Adel w Syrii miał sad pełen jabłonek – poszedł do proboszcza i po trudnych negocjacjach wywalczył dla niego pracę w parafialnym ogrodzie za drobne wynagrodzenie. Dużo z siebie dawał, ale widział, że oni też się starają – po śmietnikach wyszukiwali dodatkowe meble do domu, żeby chłonąć język, telewizję mieli zawsze ustawioną na jakimś polskim kanale i częstowali swoimi arabskimi potrawami.

Szybko stało się tak, że właściwie cokolwiek Tomasz miał zaplanowane z własną rodziną, myślał, jak by w to również włączyć Syryjczyków. Nawet wyjazd wakacyjny dostosował do nich – wynajął busa i pojechali razem.

Czuł się szczęśliwy, duchowo ubogacony, pragnął podzielić się ze światem swoim doświadczeniem. Jesienią wybierał się z synem na rekolekcje w Krakowie. To była największa kulminacja kryzysu migracyjnego, dużo mówiło się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]