POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 27 (3117) z dnia 2017-07-05; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Szampan dla ludu

Czy ktoś jest przeciw temu, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej? Jeśli nie, powinien bez zastrzeżeń poprzeć program rządzącej partii przedstawiony na zjeździe w Przysusze. Polska będzie bowiem – niekoniecznie od razu, ale po kolejnej, już niemal pewnej, kadencji PiS – przemysłową potęgą, liderem innowacji, krajem pięknym, zasobnym, bezpiecznym, szanowanym. Zbudujemy nowe mosty, port lotniczy większy niż we Frankfurcie, ścieżkę rowerową od Bałtyku do Tatr i bursztynowy szlak od Mazur do Bieszczad, odtworzymy zamki Kazimierza Wielkiego oraz stocznie i kopalnie, a każdy potrzebujący dostanie od państwa mieszkanie. Literaci otrzymają przywileje podatkowe (jeśli zechcą być „prawdziwymi autorytetami”), a telewizja publiczna stanie się jeszcze dużo bardziej pluralistyczna.

Brzmi super, nieprawdaż? Kłopot tylko w tym, że tzw. średnio-starsze pokolenie, mające wątpliwy przywilej wczesnego urodzenia, już to kiedyś słyszało i już wie, jak to się kiedyś kończyło. Skojarzenia z Edwardem Gierkiem są obezwładniające. To wtedy państwo zobowiązało się załatwić i rozdać Polakom dobrobyt (jak nie z własnych, to z pożyczonych pieniędzy), pod warunkiem że nie będą się specjalnie buntować przeciw kierowniczej roli Partii. Po ponad 40 latach usłyszeliśmy niemal takie same obietnice, w tym samym tonie, z takim samym wezwaniem do jedności moralno-politycznej narodu (główne hasło w Przysusze „Polska jest jedna”). Ideologiczna innowacja jest taka: w roli zewnętrznego wroga, przed którym chroni władza, niemieckich odwetowców zastąpili „sprowadzeni przez Niemców” uchodźcy, a w roli syjonistyczno-korowskiej opozycji wystąpiły „elity”.

Elity to w najnowszej wersji ideologii PiS słowo klucz, które niemal całkowicie wyparło dawny „układ”. To także jedno z głównych pojęć prawicowej publicystyki, często używane w tzw. śmiesznych formach, jako „elyty” lub „jelity”. „Czy Polacy mają prawo wybrać rząd wbrew woli elit?” – pytał retorycznie Jarosław Kaczyński na otwarcie zjazdu. Tak – odpowiadał. I władza PiS jest tego dowodem. To elity III RP, dodawał Mateusz Morawiecki, wywłaszczyły naród, uzależniły polską gospodarkę od obcych, wypchnęły Polaków na emigrację. A elity prawnicze, „kasta” sądowa – podkreślał Zbigniew Ziobro – chcą dziś odebrać Polakom demokrację.

Cóż, retoryka antyelitarna zawsze jest istotą każdego populizmu, jego znakiem rozpoznawczym. Nie ma takiego zarzutu i oskarżenia, którym nie można by rzucić w elity, zwłaszcza że ani się nie bronią (nikt przecież nie występuje w imieniu „elit”), ani generalnie nie wiadomo, o kogo chodzi. To bardzo wygodny polityczny wróg: jest tajemniczy, wszechobecny, można mu przypisać dowolnie negatywne cechy i dowolny skład, przeciwstawiając zwykłym, prostym ludziom.

Jak dowodzi sondaż POLITYKI (omówienie s. 20), ta propaganda przynosi już pewne skutki; ledwie 20 proc. ankietowanych gotowych jest polskie „elity” obdarzyć szacunkiem i mniej więcej tyle samo chciałoby awansu swoich dzieci do elit. To dramatyczne ograniczenie społecznych aspiracji, stojące w całkowitej sprzeczności z patetycznymi deklaracjami PiS o budowie polskiej potęgi.

Antyelitarność PiS ma swój oczywisty rewers: program wzmocnienia „Polski ludowej”. To tzw. klasa ludowa, czyli – według socjologicznych opisów – grupy najgorzej wykształcone, zamieszkujące wieś i małe miasteczka, tradycyjnie religijne, nieufne wobec obcych, o niskich dochodach i mobilności, mają być trwałą bazą polityczną PiS. Wszystko, co PiS czyni w warstwie kulturowej i propagandowej, zmierza do dowartościowania i utrwalenia, zamrożenia na lata, tak zdefiniowanego ludu. Ich życie – mówił Morawiecki – ma się spełniać w promieniu 30–40 km od domu. Tzw. media publiczne, ale też w ogóle mecenat państwa, reprezentowany przez Ministerstwo Kultury, mają promować sztukę popularną oraz narodową i patriotyczną (rekonstrukcje historyczne, muzea niepodległości, disco polo, marsze, festyny); orwellowsko nazwany Instytut Wolności ma wspierać publicznymi pieniędzmi głównie prawomyślne „prorządowe organizacje pozarządowe”. Przestajemy, deklarowano na zjeździe, gonić Zachód, aby tym lepiej chronić nasze wartości duchowe.

Władze całkowicie zrezygnowały z towarzyszącej od początku polskiej transformacji retoryki sukcesu osobistego, indywidualnej odpowiedzialności „brania spraw we własne ręce”, zastępując to promowaniem roszczeń i próśb wobec państwa oraz pretensjami wobec innych grup społecznych. Cała reforma edukacji wyraźnie zmierza w stronę kształcenia „wspólnotowego”, czyli nastawionego na tandetny patriotyzm, posłuszeństwo wobec zwierzchników, umacnianie poczucia historycznej krzywdy. Kształcenie ogólne ma być ograniczane na rzecz zawodowego.

Jeśli zastanowić się, jakie cechy PiS przypisuje swoim wyborcom i jakie z całą energią promuje, wyjdzie, że nie chodzi tu o „prosty lud”, ale raczej o „ciemny lud”. Ten lud ma być egoistyczny („nie będziemy zbawiać świata, mamy dbać o siebie” – Ziobro ), ksenofobiczny (polecam sondaż na s. 23), zawistny, próżny i infantylny – przekonany o naszej narodowej wielkości i bezgrzeszności; ma być oportunistyczny i wazeliniarski wobec władzy; oddający wolność „za michę” (kogo obchodzi wasz Trybunał Konstytucyjny? – drwi z satysfakcją PiS).

Coraz częściej, do niedawna bardzo ostrożni w sądach, liberalni intelektualiści zaczynają bić na alarm, że odbywa się państwowa promocja chamstwa, agresji, ignorancji. W tym numerze odsyłam choćby ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]