POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 47 (3137) z dnia 2017-11-22; s. 54-55

Świat

Tomasz Zalewski

Szczęśliwy los

Prezydent USA chce zlikwidować loterię wizową, dla Polaków przez lata najkrótszą drogę do amerykańskiego snu.

Donald Trump szybko znalazł przyczynę tragedii w Nowym Jorku, gdzie 31 października imigrant z Uzbekistanu Sajfullo Sajpow zabił, rozjeżdżając półciężarówką, ośmioro przechodniów. Winna jest – według prezydenta – amerykańska loteria wizowa, dzięki której dżihadysta wygrał kilka lat temu zieloną kartę, czyli prawo stałego pobytu w USA. O obchodzącej właśnie 30-lecie loterii niewielu Amerykanów słyszało; trudno też ocenić, jak zwiększa ona ryzyko zamachów terrorystycznych. Pewne jest tylko, że gdyby Trump był prezydentem 25 lat temu i wtedy postanowił loterię zlikwidować, ciężko naraziłby się żyjącym w Ameryce Polakom. Dla nich była obietnicą najszybszego ziszczenia się amerykańskiego snu.

Jerzy Leśniak przyjechał do Nowego Jorku w 1986 r. z wizą turystyczną. W Polsce po stanie wojennym nie widział dla siebie przyszłości. Jak wielu imigrantów, zaczął na budowie. Po trzech miesiącach znalazł dorywczą pracę w wyuczonym zawodzie architekta. Zatrudniająca go firma załatwiła mu wizę pracowniczą, ale do legalizacji stałego pobytu było jeszcze daleko. Przypadkiem, z polonijnego „Nowego Dziennika”, dowiedział się o loterii. Na Polaków czekało 5000 wiz. Wypełnił formularz i wysłał do INS (urzędu imigracyjnego). Po pół roku wylosował zieloną kartę.

– Z radości skakaliśmy pod sufit. To był życiowy przełom. Miałem wreszcie spokojną głowę, mogłem planować długofalowo – wspomina Leśniak. Dostał stałą pracę w New Jersey, u Barbary Piaseckiej-Johnson projektował rezydencję w stylu francuskim w Princeton. Sprowadził do USA żonę i dzieci. Dziś, po 30 latach, pracuje jako architekt-urbanista w ratuszu Nowego Jorku. Czuje się spełniony, właśnie zakłada ze znajomymi międzynarodową szkołę kultury, sztuki i technologii.

Jacek, który prosi, by nie podawać jego nazwiska, wysłał do INS ponad 30 wypełnionych formularzy, z różnych adresów i w różnych terminach – wszystko po to, by zwiększyć prawdopodobieństwo wygranej. Wtedy, w 1990 r., było to jeszcze możliwe, dopiero później wprowadzono regułę: jeden kandydat, jedno zgłoszenie. Dzięki znajomości angielskiego wypełniał druki sam; nie dał się nabrać cwaniakom, którzy za 100 dol. pomagali wielu innym, a nawet obiecywali, że „załatwią” wygranie wizy. Miał szczęście – znalazł się wśród ponad 20 tys. Polaków, którzy wylosowali w tamtym roku zielone karty.

Na nowojorskim Greenpoincie i w chicagowskim Jackowie loteria wizowa była ulubionym tematem rozmów. Stwarzała nadzieję setkom tysięcy Polaków – tym, którzy o emigracji do USA marzyli w kraju (bo formularze można było wysyłać z zagranicy), i tym, którzy tam już mieszkali, ale żyli w niepewności, mając status nielegalnego imigranta, w lęku przed deportacją albo nalotem agentów imigrejszyn na firmę, gdzie się pracowało bez permitu (pozwolenia). W latach 80. i 90. Ameryka była dla nas obiektem bezwarunkowej miłości. „Stany Zjednoczone zajmują tak przesadnie honorowe miejsce w umysłach większości Polaków, że przekracza to ramy racjonalnego opisu” – zdumiewał się ówczesny ambasador USA w Warszawie John Davis.

Trump zaatakował loterię wizową jako dzieło demokratycznego legislatora z Nowego Jorku Chucka Schumera i innych liberałów – entuzjastów wielokulturowości. Jednak intencje jej pomysłodawców były odwrotne. Loteria miała zahamować skutki reformy z 1965 r., która zniosła limity na wizy imigracyjne dla krajów Trzeciego Świata i jako główne kryterium ich przyznawania wprowadziła łączenie rodzin, wpuszczając do USA krewnych – nawet nie najbliższych – legalnie przebywających już na stałe cudzoziemców. W efekcie, o ile poprzednio wśród imigrantów dominowali przybysze z Europy, od 1965 r. do Ameryki zaczęli przybywać imigranci głównie z Azji i Ameryki Łacińskiej.

Pod koniec lat 80. kongresmen irlandzkiego pochodzenia Brian Donelly, z pomocą kolegów o takich samych korzeniach, przeforsował ustawę, na mocy której pula zielonych kart byłaby rozlosowywana między obywateli krajów, które zostały poszkodowane przez reformę z 1965 r. – czyli Europejczyków. W wyniku pierwszych loterii, pomyślanych jako tymczasowe, najwięcej, bo aż 40 proc., zielonych kart przypadało Irlandczykom, a po nich właśnie Polakom.

W 1990 r. Kongres uchwalił sponsorowaną przez Schumera ustawę, która ustanowiła loterię jako permanentną, dodatkową ścieżkę do legalizacji stałego pobytu w USA. Od tego czasu co roku 50 tys. wiz jest rozlosowywanych pomiędzy obywateli krajów uznanych przez rząd USA za „niedoreprezentowane”. Większa przejściowo imigracja z Europy wywołała oskarżenia o rasizm, więc Kongres, gdzie działa wielu etnicznych lobbystów, znowu zadbał o etniczno-kulturową różnorodność i w pierwszej stałej loterii najwięcej zielonych kart wygrali mieszkańcy Egiptu, Pakistanu i Bangladeszu.

Departament Stanu corocznie rozdziela kwoty wiz dla krajów o niskich wskaźnikach imigracji ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]