POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 9 (3100) z dnia 2017-03-01; s. 21-23

Polityka

Juliusz Ćwieluch

Szkarłatne berety

Żandarmeria Wojskowa ma chronić wojsko. A kto ochroni wojsko przed żandarmerią?

Żandarmeria Wojskowa, choć umundurowana w szkarłatne berety, z założenia stara się nie rzucać w oczy. Po tym, jak kolumna wioząca ministra Macierewicza zderzyła się z pięcioma autami osobowymi, o ŻW zrobiło się jednak głośno. A przy okazji na światło dzienne zaczęły wychodzić historie, którymi żandarmi woleliby nie kłuć w oczy opinii publicznej. Zakup ponad 30 ekskluzywnych limuzyn, rozbuchana ochrona szefa resortu, rozdawanie limuzyn ludziom nowej władzy czy wreszcie załatwienie sobie specjalnych dodatków, jakie dotychczas przysługiwały jedynie żołnierzom z GROM. To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej, bo ŻW od lat chętnie widzi się w roli gwardii przybocznej ministra. A jak minister ma mentalność Dzierżyńskiego, to siłą rzeczy i jego gwardia tak ewoluuje.

Bartłomiej Grabski, obejmując urząd wiceministra obrony narodowej, plan dnia ułożył niestandardowo. We wtorek 17 listopada 2015 r. odwiedził najpierw szefa Żandarmerii Wojskowej, a dopiero później udał się do ministerstwa. Rozmowa z gen. Piotrem Nideckim nie była długa, co podwładni komendanta interpretowali raczej na jego niekorzyść. Słusznie, bo Nidecki 34 dni później przestał być komendantem ŻW. Wniosek z odwołaniem dostał w Wigilię punktualnie o godzinie 14. Komuś bardzo zależało, żeby generał nie miał udanych świąt. Ministerstwo nie ufało jeszcze własnym kadrom, więc wniosek był z szablonu, a nazwisko i stopień oficera wpisane długopisem. W grudniu 2015 r. takie wnioski były normą.

Minister lubi pływać

Normą nie były działania, do których wcześniej próbowano namówić Nideckiego. On sam na ten temat milczy, ale w ŻW hulało od plotek, że nowa władza chce starych metod. – Komendant ŻW ma ludzi i środki, żeby zrobić każde śledztwo. Albo też jakieś zamknąć. To on decyduje, komu będzie założony podsłuch, a komu nie. W zasadzie ma pełnię władzy nad swoimi ludźmi i całym wojskiem – mówi jeden z oficerów znający kulisy sprawy. Podobno Grabski złożył propozycję, że jak komendant będzie strzelał z ucha, czyli donosił na kolegów, to nowa władza łaskawie zapomni, że przez ostatnie lata był osobistym asystentem ministra Siemoniaka. Zaufany i lojalny komendant żandarmerii to dla każdego ministra skarb. To do komendanta ŻW trafia większość anonimów, a w ich pisaniu wojskowi są niestety dosyć rzutcy. Ale trafia też wiedza urzędowa, bardzo przydatna, jak na przykład stan posiadania. Wszyscy kluczowi dowódcy mają obowiązek składania zeznań majątkowych. Cała dokumentacja trafia do ŻW. Komendant ma do niej pełen wgląd. Generał Nidecki, jako komendant ŻW, miał jeszcze jednego asa w rękawie. To jego formacja zabezpieczała większość dowodów ze śledztwa smoleńskiego. A minister Grabski był tymi dowodami żywo zainteresowany.

Z kolei sam szef resortu był żywo zainteresowany basenem, który należy do kompleksu sportowego żandarmerii. Specjalnie dla niego obiekt otwierano w środku nocy. Minister Macierewicz lubił zażyć kąpieli o godz. 1, a nawet 2 w nocy. Nidecki ani razu nie został po pracy, żeby witać pryncypała w drzwiach i wykorzystać okazję, żeby jakoś zapunktować. Co żołnierze z długim stażem w kontaktach z władzą jednoznacznie interpretowali, że sam się prosi o emeryturę.

Gen. Nidecki widocznie miał wystarczająco silny kręgosłup, by nie ulec lękowi przed dymisją. Kiedy w nocy 18 grudnia 2015 r. Bartłomiej Misiewicz zdobywał Centrum Eksperckie Kontrwywiadu NATO, szef Żandarmerii Wojskowej nie zgodził się wysłać tam swoich ludzi jako wsparcia. – Ostatecznie na miejscu pojawili się ludzie z oddziału specjalnego dowodzonego przez płk. Tomasza Połucha. I stąd cała tajemnica, skąd się wziął następca gen. Nideckiego. Kiedy władza leży na ulicy, to trzeba mieć refleks, żeby się po nią schylić – mówi proszący o anonimowość oficer.

Pan Kazimierz wymiata

Płk Połuch refleksem wykazał się już wcześniej. Jako szef Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej odpowiedzialny był za zabezpieczenie ochrony szefa resortu. Macierewicz już pierwszego dnia urzędowania odmówił współpracy z dotychczas działającym w ŻW zespołem. Przez lata kolejnych szefów resortu ochraniała ta sama, wąska grupa sprawdzonych ludzi. Niektórzy zaczynali jeszcze z ministrem Szmajdzińskim, po drodze pracowali z Sikorskim, Szczygłą, Klichem, Siemoniakiem. Ministrowie się zmieniali, ale ich ochrona nie, bo zbudowanie profesjonalnego zespołu wymaga czasu i pieniędzy. Za nowej władzy wszystkich odsunięto od zadań.

Macierewicz, który nikomu nie ufa, do resortu przyszedł z własnym człowiekiem. Formalnie zatrudniony w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego Kazimierz Bartosik został oddelegowany do MON jako osobisty kierowca szefa resortu. Macierewicz postawił warunek, że będzie jeździł tylko z tym człowiekiem. Płk Połuch nie robił z tego problemu. To zdecydowanie pomogło w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]