POLITYKA

środa, 22 listopada 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 12-15

Temat tygodnia

Katarzyna Zdanowicz

Szkoła przetrwania

Koniec roku szkolnego. Początek katastrofy, zwanej przez jednych reformą, a innych – deformą. Dlaczego nauczyciele nie stanęli do walki o swoje szkoły? I co to mówi o całej edukacji?

Żaden nauczyciel nie straci pracy – zapowiadała, ogłaszając swoją reformę, minister Anna Zalewska. Już wiadomo, że z pracą właśnie pożegnało się co najmniej 10 tys. nauczycieli, może więcej, a ponad 21 tys. od września będzie miało zmniejszone godziny oraz zarobki. To dane z 14 województw, bez uwzględnienia zachodniopomorskiego i warmińsko-mazurskiego. W samej Warszawie etaty straci 1235 osób, 7 tys. pożegna się z pensum, a powita niższą pensję. Gdy portal OKO.press uruchomił licznik zwalnianych nauczycieli na podstawie danych płynących z samorządów, już w środę wieczorem, na ponad tydzień przed końcem roku szkolnego, było ich 8933.

Środowisko nauczycielskie nie obroniło się. Reforma wchodzi w życie. Do jakiej szkoły pójdą uczniowie od 1 września 2017 r.? Arleta i Marcin, rodzice szóstoklasisty Bartka z niewielkiego miasta na Kujawach – jak miliony innych rodziców – nie mają pojęcia. Wychowawczynią klasy ich syna była pani ucząca przyrody, ale nie ma uprawnień do nauczania np. geografii, więc nie będzie tzw. przedmiotowcem w klasie VII. W takim przypadku wątpliwe jest, by kontynuowała pracę ze swoją starą klasą jako wychowawczyni. Nie wiadomo też, czy klasa zostanie rozdzielona i pomieszana z uczniami z innych klas, czy dzieci – tak jak chciała minister Zalewska, projektując reformę – będą się nadal gotować w tym samym sosie (większość z nich jest razem od przedszkola, jak to w małym mieście). W szkole Bartka dotychczas na jednym placu mieściły się wspólnie i podstawówka, i gimnazjum, jednak w osobnych budynkach, z autonomicznymi boiskami rozdzielonymi płotem, z innymi nauczycielami. Nikt nie odpowiedział rodzicom na pytanie, czy płot zniknie (filozofia przyświecająca reformatorom by na to wskazywała) i wtedy po boisku będą biegać sześciolatki z zerówki i 16-latki z dzisiejszego gimnazjum; czy może zostanie po staremu?

Wielką zagadką są programy nauczania. Kiedy rodzice dociekają, czego ich dzieci konkretnie będą się uczyć w klasie siódmej, nauczyciele robią zdziwione miny. Pytają: a skąd mamy to wiedzieć? Sami drżą o swój chleb, bo organ prowadzący, czyli burmistrz, żeby ratować choćby szczątkowe etaty, połączył w jeden zespół przedszkole, podstawówkę i podlegające samorządowi liceum. Brzmi i wygląda to absurdalnie, bo czteroletnie przedszkolaki są wychowankami tej samej placówki co maturzyści, ale zabieg pozwala żonglować kadrami i zachować miejsca pracy. Do programów nauczania jeszcze nikt nie ma więc głowy – zresztą te dopiero ogłoszono (w lutym podano do publicznej wiadomości te dla podstawówek, dopiero w maju – dla liceów). Ledwo co trafiły one do uzgodnień międzyresortowych i ostateczne wersje wciąż nie są znane. W szkołach większym problemem jest tymczasem, jak poustawiać godziny, przypisać nauczycieli do klas, a miejsce w szkole do uczniów, by nastolatki nie tratowały kilkulatków.

Zdaniem ekspertów to, co już wiadomo o programach, dowodzi, że wracamy do PRL w wydaniu PiS. – Szkoła będzie ideologiczna i autorytarna. Wyrośnie pokolenie konformistów, nauczonych, że nie należy prezentować własnych poglądów – przestrzega wykładowca na Wydziale Nauk Edukacyjnych UAM w Poznaniu prof. Stanisław Dylak, który pod koniec lat 90. pracował nad filozofią podstawy programowej w edukacji. Dokument powstawał wówczas szybko, żeby zdążyć z wprowadzeniem reformy, ale czas jego tworzenia nie był aż tak błyskawiczny jak za rządów minister Zalewskiej. W tym wypadku pierwsze spotkania dla koordynatorów zespołów piszących podstawy odbyły się pod koniec września 2016 r., a do 11 listopada 2016 r. konsultanci mieli przestawić wstępne projekty! Te zostały przekonsultowane – czyli wywieszone na stronie MEN – w styczniu 2017 r. Resort dostał 800 uwag, niestety, tylko niewielką część z nich uwzględnił. – Zamiast zapowiadanej zmiany na lepsze nauczyciele dostali dokument przestarzały, gorszy od poprzedniego. Uczeń ma osiągać wyniki, a nie uczyć się krytycznego myślenia, tak by zdobytą wiedzę mógł wykorzystywać i modyfikować adekwatnie do zmieniających się warunków – mówi prof. Dylak. Krystyna Starczewska, założycielka i dyrektorka warszawskiego Zespołu Społecznych Szkół Ogólnokształcących Bednarska, dodaje, że wystarczy spojrzeć na program czwartej klasy. – Dzieci mają poznać 18 wybitnych Polaków od Mieszka I po współczesne czasy. Co one z tego zrozumieją? To zakuwanie życiorysów na pamięć – uważa.

Nauka pamięciowa to nie jedyny zarzut wobec podstaw programowych. Uczeń, który ukończy szkołę po reformie PiS, ma być odtwórcą przekazywanych wiadomości, bez zdolności rozwijania i umiejętności interpretacji. Tak to przynajmniej wygląda, jeśli brać serio treść ministerialnych dokumentów. – Podstawa ogranicza możliwość przerabiania na lekcji lektur dobieranych przez nauczyciela spoza listy obowiązkowej. Uczniowie poznają głównie literaturę XIX w., w większości polską. Nie przeczytają wię...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz także

Jaka szkoła