POLITYKA

Poniedziałek, 15 lipca 2019

Polityka - nr 37 (2158) z dnia 1998-09-12; s. 30-31

Kraj

Ewa Winnicka

Szlify z importu

Wysokiej rangi oficer wojskowych służb specjalnych twierdzi: - Gdyby nie fakt, że w końcu będziemy częścią Paktu Północnoatlantyckiego, ci chłopcy skończyliby jako tłumacze swoich niedouczonych dowódców. Są zagrożeniem dla zastanych układów. Dogorywają w swoich jednostkach. A to do nich należy przyszłość i wprowadzanie w życie nowych standardów.

52-letni profesor nadzwyczajny z Wojskowej Akademii Technicznej, pułkownik Włodzimierz Miszalski, nie spodziewał się, że jeszcze raz w życiu zostanie studentem. Na początku 1992 r. dostał polecenie służbowe, żeby się zgłosić na testy z angielskiego. W czerwcu przyszło polecenie: pakować walizki, 22 czerwca zameldować się na Okęciu. Wyjazd na rok. Okazało się, że jako pierwszy oficer Wojska Polskiego jedzie na Uniwersytet Obrony Narodowej do Waszyngtonu. Był zaskoczony, przerażony i pełen obaw.

Dla porucznika Piotra Niecia, lat 26, wojsko i szkoła morska były rodzinną tradycją; ojciec też jest oficerem Marynarki Wojennej. Na pierwszym roku zobaczył ogłoszenie w gazecie, że jest możliwość wojskowych studiów za granicą. Egzaminy z angielskiego i ogólnej wiedzy politycznej zdaje się w Warszawie. Zdał. Potem jeszcze musiał wysłać Amerykanom uzasadnienie, dlaczego wybiera Annapolis, i dlaczego taki, a nie inny kierunek. Napisał, że chce zobaczyć, jak problemy morskie rozwiązuje się za granicą. Potem okazało się, że  Amerykanom najbardziej się podoba, gdy adepci piszą frazesy: że chcą służyć ojczyźnie z całych sił, że są ...