POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 14 (2952) z dnia 2014-04-02; s. 68-69

Nauka / Ogląd i pogląd

Katarzyna Szymielewicz

Szpieg w pajęczynie

Europa protestuje przeciw amerykańskim programom szpiegowskim, szef Facebooka przeciw inwigilowaniu użytkowników jego serwisu, a twórca WWW proponuje nową konstytucję dla internetu. Walka o prywatność w sieci wkroczyła w nową fazę.

Zadzwoniłem do prezydenta Obamy, żeby dać wyraz mojej frustracji z powodu szkody, jaką rząd wyrządza naszej przyszłości – powiedział Mark Zuckerberg. Wyrzucić prezydentowi USA swoją frustrację przez telefon może tylko ktoś z odpowiednią pozycją negocjacyjną. Zuckerberg, którego imperium informacyjne liczy już 1,3 mld obywateli, ma taką możliwość. Na czym polega szkoda, o której mówi prezes jednej z najbogatszych spółek notowanych na giełdzie? Chodzi o utratę zaufania i ryzyko odpływu danych, na których opiera się model biznesowy wszystkich wiodących firm internetowych. Zasada jest prosta: im więcej o swoich użytkownikach wie Facebook, tym więcej są w stanie zarobić jego właściciele. Dzięki tym samym danym amerykańskie służby mogą prowadzić globalne operacje łatwiej, szybciej i taniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Nic dziwnego, że ani cyberkorporacjom, które na naszym zaufaniu do internetu budują kapitał, ani wykorzystującym ich zasoby w drugim obiegu służbom nie opłaca się afera, którą wywołał Edward Snowden, ujawniając zakres i szczegóły inwigilacji sieci teleinformatycznych. Wiele jednak wskazuje, że uruchomiona przez niego lawina jeszcze się nie zatrzymała: mimo że największy wstrząs przetoczył się przez media w czerwcu ub.r., dopiero teraz widać rysy na monolicie władzy politycznej i informacyjnej. Te szczeliny będą się pogłębiać.

Fenomen internetu – w rozumieniu globalnej sieci połączeń – polegał na tym, że każdy z każdym był w stanie porozumieć się bezpośrednio: bez pomocy, ale też bez zewnętrznej ingerencji. Ten anarchistyczny potencjał nadal istnieje, jednak korzystają z niego nieliczni. Barierą wejścia jest wiedza i pewna doza determinacji. Dlatego miliardy zwykłych użytkowników komunikują się przez pośredników – serwisy społecznościowe czy dostawców poczty elektronicznej. Za każdym razem płacą za tę możliwość swoimi danymi, bo taki model biznesowy zdominował komercyjny internet. Co to oznacza w praktyce?

Wszystko, co robimy w sieci – w istocie cała nasza codzienność – przechodzi przez czyjeś ręce. W tych rękach jest przetwarzane, łączone w profile i komercjalizowane, a jeśli trzeba – również przekazywane dalej, w tym organom państwa. Jak stwierdza prof. Eben Moglen, realna cena za pozornie darmowe usługi jest rażąco zawyżona. Nie chodzi tylko o to, że pracownik takiej czy innej firmy będzie w stanie przeczytać nasze maile, dowiedzieć się, ile zarabiamy, czy sprawdzić, z kim umawiamy się na spotkania. Ani nawet o to, że tego typu informacje mogą trafić w ręce naszego przyszłego pracodawcy czy ubezpieczyciela. Stawką w grze, w którą państwa i firmy inwestują ogromne zasoby, nie jest poznanie sekretów niektórych z nas, ale skuteczniejsze zarządzanie wszystkimi.

Niemiecki badacz prywatności Spiros Simitis w wykładzie z 1985 r., kiedy problemem wydawała się jeszcze sama możliwość automatycznego przetwarzania danych, podkreślał, że prywatność nie jest celem samym w sobie. Jest środkiem do osiągnięcia ideału demokratycznego systemu politycznego, w którym obywatele są traktowani jak ktoś więcej niż dostawcy informacji dla wszystko widzących i wszystko optymalizujących technokratów. Simitis ostrzegał, że „kiedy zanika prywatność, zanika zarówno szansa na niezależną ocenę procesów politycznych, jak i możliwość rozwinięcia i utrzymania własnego stylu życia”. Świat, w którym żyjemy, wpływa nie tylko na to, co myślimy, ale również jak myślimy. Innymi słowy, możemy pragnąć i dążyć tylko do tego, co już znamy, bo tylko to uważamy za możliwe.

W długofalowej perspektywie po drugiej stronie pozornie banalnych transakcji, jakie w internecie zawieramy na każdym kroku, jest nasza osobista wolność i możliwość samorozwoju. Patrząc z perspektywy mnóstwa nieistotnych danych – informacyjnego łupieżu, który zostawiamy za sobą w sieci – trudno w to uwierzyć. Jednak wszyscy ci, którzy potrafią je przeanalizować pod kątem istotnych fragmentów, a następnie poskładać w spójne profile, widzą i rozumieją więcej.

Co dokładnie? Badania przeprowadzone przez naukowców z MIT pokazały, że na podstawie analizy samych tylko metadanych telekomunikacyjnych (informacji o tym, z kim i kiedy się łączyliśmy oraz o naszej lokalizacji) można z 80–90-proc. dokładnością przewidzieć nasze zachowanie, np. gdzie znajdziemy się w ciągu kolejnych 12 godzin. Do jeszcze ciekawszych wniosków doszli badacze z Uniwersytetu w Cambridge, kiedy porównali wyniki testów psychologicznych, przeprowadzonych wśród 58 tys. użytkowników Facebooka z analizą danych na ich temat, które były publicznie dostępne. Na podstawie tego, jakie treści badane osoby „polubiły” w internecie, można było ustalić ich pochodzenie rasowe, poziom inteligencji, orientację seksualną, uzależnienia czy poglądy polityczne z trafnością na poziomie 80–90 proc.

Moment, w którym jedna firma lub rząd ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Katarzyna Szymielewicz, prawniczka, działaczka społeczna. Jest współzałożycielką i prezeską Fundacji Panoptykon, zajmującej się ochroną wolności i praw człowieka w społeczeństwie nadzorowanym, wiceprzewodniczącą koalicji European Digital Rights.