POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 33 (3173) z dnia 2018-08-14; s. 100-105

Na własne oczy

Edyta Gietka

Sztukmistrze w Lublinie

Raz do roku dostają niebo na wyłączność. Wysoko, na linie, po której idą, rozgrywa się sama prawda.

No aż w brzuchu mnie wierci od samego patrzenia – handlująca cebularzem lubelskim z mobilnego straganu nie może się skupić na detalu, gdyż nieustannie zadzierając głowę, traci klientelę. A to przecież cebularskie żniwa.

Na trzy dni karnawału do miasta przybyli bowiem najprzebieglejsi sztukmistrze z całej kuli ziemskiej. Jest hiszpański wspinacz po piramidzie z pustych butelek, włoski żongler szczoteczkami do zębów, krajowy spluwacz ogniem, filipiński kuglarz z jednym okiem, szkolony z iluzji w samym Las Vegas.

Jednak o największe dreszcze przyprawiają ludzie na linie. Kłaniają się gapiom z wysoka, bawiąc ich niewykluczoną śmiercią na żywo.

Nad przepaścią

Upał nie ułatwia przechadzek, a przecież im bliżej nieba, tym goręcej. Podczas gdy mrużącym oczy gapiom ściekają z zapomnienia lody na sandały, do lin stoi kolejka czekających na swój popisowy spacer. Międzynarodowa. Lublin to jedyne miasto na świecie, które raz w roku oddaje niebo linom. W zasadzie taśmom. Są różne. Szerokie ...