POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 23 (2759) z dnia 2010-06-05; s. 70-73

Historia

Janusz Tazbir

Tańcowanie przy ćwiartowaniu

Wbrew utartym sądom, dni wolnych od pracy, a więc czasu na zabawę, było w XVI–XVIII w. prawie tyle samo co i obecnie. Jakim rozrywkom oddawano się najchętniej?

Ongiś, oprócz świąt kościelnych uznawanych i dziś, nie pracowano w dnie patronów miasta, cechu lub bractwa, przyjazdu monarchy, narodzin jego potomka itd. Wybitny mediewista Henryk Samsonowicz naliczył się w skali rocznej 80 do 100 dni wolnych od pracy (obecnie mamy tych dni ponad setkę, wliczając w to wolne soboty), przy czym „dochodzą tu różne, nie zawsze oficjalne »mosty« między dniami wolnymi”.

Co prawda pracowano dłużej (jak obliczono, poddani opisani w „Panu Tadeuszu” pracują latem po 14 godzin dziennie), ale i tak znajdowano w niektóre wieczory czas na odwiedzanie karczmy, gdzie obok piwa lub wódki zabawiano się śpiewem, grą w kości i tańcami. Krzywo na te ostatnie patrzyli duchowni wszystkich wyznań. Uczestnikom zabaw grożono piekłem, gdzie „uszy co tańców, muzyki” słuchały za życia, będą stale słyszeć jęki potępieńców.

O tańcach pisał barwnie Andrzej Frycz Modrzewski, gorsząc się, iż „tańcując skaczą; okręcają w koło niewiasty i w krąg nimi zawijają; nie sromają się łydek obnażać, ...

Qui pro quo z zabawą

W dawnej Polsce słowo „zabawa” oznaczało wszelkiego rodzaju zajęcie, a nie rozmaite formy rozrywki. Pozostawiło to trwały ślad w naszym języku, skoro po dziś dzień „zabawić” (bez „się”) oznacza przebywać gdzieś, a nie oddawać się rozrywce.

W 1969 r. jeden z uznanych profesorów socjologii rozbawił cały świat naukowy informując najpoważniej, iż słynne czasopismo doby stanisławowskiej „Zabawy przyjemne i pożyteczne” dlatego nosiło taki tytuł, ponieważ w dawnej Rzeczpospolitej pracą zajmowali się wyłącznie mieszczanie i chłopi. Natomiast szlachta stanowiła grupę ludzi całkowicie od niej wolnych, rozporządzającą masą wolnego czasu, który poświęcała na zabawy.

Trudno o większe nieporozumienie. Pomińmy już fakt, iż lwią część tego stanu stanowiła szlachta zagrodowa, utrzymująca się z pracy na roli lub ze służby w dworach wielkich panów. Ale i ci ostatni bywali przecież zajęci piastowaniem różnych urzędów, posłowaniem na sejmy i sejmiki, intrygami politycznymi wreszcie. Prawdą jest, iż po dworach siedzieli tzw. rezydenci, a i służba magnacka nie była zbytnio przeciążona pracą, ale te dwie grupy nie były w sumie tak liczne.

Figurujące w tytule czasopisma „zabawy” oznaczały więc zajęcia, a użycie przymiotnika „przyjemne”, iż muszą być one interesująco prowadzone. Oświecenie zwykło bowiem przeplatać naukę elementami rozrywki.

Z Samuela B. Lindego wiadomo, że już Szymon Starowolski domagał się surowo, aby w Rzeczpospolitej nie znalazł się nikt „próżnujący, tak chłop jak szlachcic, lecz zabawę mający”. „Księża muszą pilnować katechizmu i innych zabaw, które należą do nawracania i ćwiczenia ludzi” – czytamy w przekładzie dzieła Botera o geografii świata. A ksiądz biskup Józef Kazimierz Kossakowski w moralizatorskim traktacie „Ksiądz pleban” poucza o obowiązku skłonienia młodzieży do „poznania i pokochania zabawy pożytecznej, którą pracą nazywamy”. Jej pochwale poświęcono ponad 58 przysłów, robocie jeszcze więcej porzekadeł, podczas gdy rozrywce czy zabawie (we współczesnym słowa tego znaczeniu) ani jednego!