POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 4 (4) z dnia 2011-03-23; Pomocnik Historyczny. 1569–1791. Rzeczpospolita Obojga Narodów; s. 104-109

Janusz Tazbir

Tańcowanie przy ćwiartowaniu czyli przodków naszych czas wolny

Wbrew utartym sądom, dni wolnych od pracy, a więc czasu na zabawę, było w XVI–XVIII w. prawie tyle samo, co i obecnie. Jakim rozrywkom oddawano się najchętniej?

Fajrant.

Ongiś, oprócz świąt kościelnych uznawanych i dziś, nie pracowano w dnie patronów miasta, cechu lub bractwa, przyjazdu monarchy, narodzin jego potomka itd. Wybitny mediewista Henryk Samsonowicz naliczył się w skali rocznej od 80 do 100 dni wolnych od pracy (obecnie mamy tych dni ponad setkę, wliczając w to wolne soboty), przy czym „dochodzą tu różne, nie zawsze oficjalne »mosty« między dniami wolnymi”.

Co prawda pracowano dłużej (jak obliczono, poddani opisani w „Panu Tadeuszu” pracują latem po 14 godzin dziennie), ale i tak znajdowano w niektóre wieczory czas na odwiedzanie karczmy, gdzie obok piwa lub wódki zabawiano się śpiewem, grą w kości i tańcami (art. s. 36). Krzywo na te ostatnie patrzyli duchowni wszystkich wyznań. Uczestnikom zabaw grożono piekłem, gdzie „uszy co tańców, muzyki” słuchały za życia, będą stale słyszeć jęki potępieńców.

Tańce.

O tańcach pisał barwnie Andrzej Frycz Modrzewski, gorsząc się, iż „tańcując skaczą; okręcają w koło niewiasty i w ...

Qui pro quo z zabawą

Janusz Tazbir

W dawnej Polsce słowo „zabawa” oznaczało wszelkiego rodzaju zajęcie, a nie rozmaite formy rozrywki. Pozostawiło to trwały ślad w naszym języku, skoro po dziś dzień „zabawić” (bez „się”) oznacza przebywać gdzieś, a nie oddawać się rozrywce.

W 1969 r. jeden z uznanych profesorów socjologii rozbawił cały świat naukowy informując najpoważniej, iż słynne czasopismo doby stanisławowskiej „Zabawy przyjemne i pożyteczne” dlatego nosiło taki tytuł, ponieważ w dawnej Rzeczpospolitej pracą zajmowali się wyłącznie mieszczanie i chłopi. Natomiast szlachta stanowiła grupę ludzi całkowicie od niej wolnych, rozporządzającą masą wolnego czasu, który poświęcała na zabawy.

Trudno o większe nieporozumienie. Pomińmy już fakt, iż lwią część tego stanu stanowiła szlachta zagrodowa, utrzymująca się z pracy na roli lub ze służby w dworach wielkich panów. Ale i ci ostatni bywali przecież zajęci piastowaniem różnych urzędów, posłowaniem na sejmy i sejmiki, intrygami politycznymi wreszcie. Prawdą jest, iż po dworach siedzieli tzw. rezydenci, a i służba magnacka nie była zbytnio przeciążona pracą, ale te dwie grupy nie były w sumie tak liczne.

Figurujące w tytule czasopisma „zabawy” oznaczały więc zajęcia, a użycie przymiotnika „przyjemne”, iż muszą być one interesująco prowadzone. Oświecenie zwykło bowiem przeplatać naukę elementami rozrywki.

Z Samuela B. Lindego wiadomo, że już Szymon Starowolski domagał się surowo, aby w Rzeczpospolitej nie znalazł się nikt „próżnujący, tak chłop jak szlachcic, lecz zabawę mający”. „Księża muszą pilnować katechizmu i innych zabaw, które należą do nawracania i ćwiczenia ludzi” – czytamy w przekładzie dzieła Botera o geografii świata. A ksiądz biskup Józef Kazimierz Kossakowski w moralizatorskim traktacie „Ksiądz pleban” poucza o obowiązku skłonienia młodzieży do „poznania i pokochania zabawy pożytecznej, którą pracą nazywamy”. Jej pochwale poświęcono ponad 58 przysłów, robocie jeszcze więcej porzekadeł, podczas gdy rozrywce czy zabawie (we współczesnym słowa tego znaczeniu) ani jednego!

Nos niecały, gęba przecięta, czyli o bliznach

Janusz Tazbir

Blizny biesiadne.

Pod koniec XVII w. pewien Holender napisał, iż w Polsce biesiada kończy się często „na obcięciu uszów i nosów szablami; im kto więcej ma twarz pokiereszowaną, tym więcej jest poważanym i za mężniejszego uchodzi”. Z kolei w anonimowym wierszu zatytułowanym „Kalikowie”, któryś z sarmackich poetów zapisał taki oto widok uczestników kolejnej biesiady: „U tego nos niecały, tu głowa przecięta,/A tu gęba w ośmioro zalążkami spięta./Ten jednym okiem patrzy, ten zaś nie ma ucha,/Ten darmo palce nosi”. Szlachcic bez ucha (obraz pędzla nieznanego malarza z połowy XVIII w.) trafił na wystawę „Polaków portret własny”, którą tak znakomicie przygotował Marek Rostworowski (Kraków 1983 r.).

Większość uczt hojnie podlewano alkoholem, łatwo dochodziło do kłótni wywołanej obrażeniem honoru, ta zaś musiała prowadzić do bójek na szable, zazwyczaj przy sobie noszonych. Ówczesna sztuka lekarska nie stała zbyt wysoko; ślady po skaleczeniach leczono niedbale. Stąd owe „zalążki” (zszycia), o których wspomina anonimowy poeta.

Rany od szabli, choć wcale nierzadkie, stanowiły tylko nieznaczną część wszystkich obrażeń, spowodowanych przeważnie kijem lub tym, co było pod ręką: „ławą, stołkiem, lichtarzem czy innym szczegółem wyposażenia dworu lub gospody. (…) W stanie afektu szlachcic porywał się do szabli czy obucha, mieszczanin do noża, a chłop do pałki” – pisze Zbigniew Kuchowicz. Zgadzając się z  opiniami zagranicznych podróżników, stwierdza on, iż „wiele szlachty chadzało bez nosów” czy „ze straszliwie posiekanymi obliczami”. Bójkami w karczmach mało kto się chyba jednak chwalił. Pamiętało o tym wielu pisarzy, m.in. Henryk Sienkiewicz, który kazał panu Zagłobie dziurę w czole przypisać nie pijackiej burdzie w Piotrkowie, ale kuli rozbójnickiej (w innej wersji – tureckiej, która go ponoć zraniła w trakcie pielgrzymki do Ziemi Świętej).

Blizny chwalebne.

Szacunkiem natomiast otaczano blizny wyniesione z walki w obronie ojczyzny. Te dwa słowa, co najmniej od początków XVII w., zostają włączone do najczęstszych rymów poetyckich. „Za różane miej te blizny,/Coś dla miłej zniósł ojczyzny” – pisał Jan Jurkowski. Zostało to utrwalone w skróconej formie jako „Miłe blizny dla ojczyzny”. Frycz Modrzewski wzywał, aby ci, „którzy blizny i rany podjęli, którzy się w niebezpieczeństwie śmierci dla ojczyzny wdali”, godną swego męstwa i cnoty zapłatę otrzymali. Po dwustu latach Franciszek Karpiński napisze: „Gdy się wojna ustatkuje/Naród wieńce nam gotuje,/Wieńce za poczciwe blizny/Odebrane dla ojczyzny”. Wtórował mu Józef Epifani Minasowicz: „Nie szpetna to jest blizna, co z męstwa pochodzi”.

W pozostającej pod zaborami Polsce blizny stanowiły niezbity dowód mężnego potykania się w jej obronie. Tworzyły więc poniekąd część narodowego szyfru. Kiedy panna Izabela nazywa Wokulskiego pniem z czerwonymi rękami, panna Florentyna wtrąca z akcentem: „Odmroził je na Syberii”. Kreśląc ideał rycerza-szlachcica Adam Pajgert pisał: „...a jeśli wracali w obronne swe dworce,/ To z blizną na piersiach, na twarzy,/Ze złotym księżycem pogańskie proporce/U pańskich składali ołtarzy”.

Nieodzowną wręcz częścią wyglądu większości bohaterów gawędy szlacheckiej bywała „szeroka blizna, przerzynająca czoło i część lewego policzka”. Władysław Bełza zapytywał polskie dziecko: „Czym ta ziemia?/–Mą ojczyzną./Czym zdobyta?/– Krwią i blizną”.

W satyrycznej formie przedstawi to Jan Lam każąc bohaterowi opowieści „Pan komisarz wojenny”, dziejącej się w latach powstania styczniowego, zamówić sobie u żydowskiego cyrulika takie właśnie obrażenie na udzie powyżej kolana. Wywarło to pożądany efekt w gościnnym dworze, w którym ów tchórz i blagier znalazł bezpieczne schronienie. Darujmy przesadę opisu zrozumiałą u satyryka. Oddaje on w pełni z jednej strony estymę, jaką blizny odniesione na polu walki o niepodległość cieszyły się w XIX w., z drugiej zaś pokazuje, iż najwięksi nawet tchórze musieli się poddawać naciskowi patriotycznej opinii.

Podobnie działo się i w innych krajach Europy, z tą tylko różnicą, iż było podyktowane przez obowiązujący wszystkich kodeks honorowy. W Niemczech XIX w., a nawet i później, członkowie korporacji studenckich, którzy nie mieli szczęścia doznać podobnych obrażeń, sami podobno chodzili do cyrulików i chirurgów, aby porobili im blizny na twarzy.

O wszetecznicach czasów stanisławowskich

Małgorzata Kołak

Topografia nierządu.

W latach 1791–93 podróżujący po Polsce Niemiec Friedrich Schulz pisał, że chce: „zakończyć opowiadanie opisem stosunków z kobietami i dziewczętami płochego życia, których nigdzie nie ma tyle co w Warszawie”. I dodał, że największe skupiska nierządu mieściły się na kilku ulicach, tj.: Trębaczej, Żabiej, Świętojurskiej i Wałowej. Z kolei poeta Antoni Kossakowski w „Przewodniku warszawskim” – wierszowanym i dosyć obscenicznym vademecum o warszawskich burdelach i ich pensjonariuszkach – nadmienił, iż w gronie powyższych są także Nalewki i Grzybowa.

Będące w mniejszości legalne domy rozpusty, bo i takie wówczas istniały, znajdowały się pod nadzorem miasta. Nie oznacza to jednak, że zorganizowany nierząd nielegalny nie był dobrze znany warszawskim urzędnikom, którzy i z tej formy działalności ciągnęli spore zyski. Zupełnie inaczej władze miejskie traktowały nierząd okazjonalny i indywidualny. Ten zagrażał ściśle określonemu podziałowi na kobiety uczciwe i upadłe i mógł powodować niemile widziane pomyłki przy realizacji planów matrymonialnych.

Dziewictwo na sprzedaż.

Utrata dziewictwa za pieniądze często bywała wstępem do kariery w zawodzie prostytutki. Niewinność, jako pewna gwarancja zdrowia, była szczególnie ceniona. W źródłach z niewiadomych przyczyn pomija się jednak milczeniem okres życia, w którym pozbawiano dziewictwa przyszłe nierządnice. Wyjątkiem jest wiadomość zawarta w życiorysie Annetki Szmalskiej, podana być może ze względu na szokująco niski wiek inicjacji. Czytamy bowiem, że: „W dziesięciu leciech panieństwo straciła/Za cztery złote wziął ją Murzyn Giło”.

Zdarzały się przypadki stręczenia córek przez rodzinę i krewnych. Inne dziewczęta padały ofiarami uwodzicieli i stręczycieli. Takim przypadkiem była Marianna Wróblewska, która w 1788 r. zeznawała, iż została uwiedziona przez niejakiego Dąbrowskiego, „któren obiecywał się ze mną żenić, dostałam się z nim do Warszawy, ale że tu miał żonę, a mnie tylko ułudził i zawód w wyprowadzeniu mnie między ludzi nieznajomych uczynił”.

Prostytutki, zwłaszcza te z najwyższej kategorii metres, czasem pochodziły z obcych krajów, choć trudno tu mówić o zorganizowanym handlu żywym towarem. Do Polski przybywały zamówione jako garderobiane, modystki, bony lub aktorki. „Do lepszego tonu należy i piękniej wygląda mieć za metresę Włoszkę lub Francuzkę” – pisał Schulz.

Najczęściej prostytutkami zostawały służące wyrwane z rodzinnych, zazwyczaj wiejskich lub małomiasteczkowych środowisk. W poszukiwaniu lżejszej pracy często zmieniały pracodawców, często też ją traciły, stając przed alternatywą śmierci głodowej. Taki los spotkał Eleonorę Leśniewską, która w 1788 r. zeznawała przed sądem, że po pięciokrotnej zmianie pracy, nie mając gdzie się udać, zatrudniła się u niejakiej Marcinowej Szwabowej, która utrzymywała nierządne kobiety.

Prostytuowanie się bywało też dla służących formą dorabiania. Niemal wszystkie późniejsze profesjonalistki zaczynały od uprawiania prostytucji w sposób dorywczy. W innych przypadkach służba stanowiła najczęściej nieudaną próbę podjęcia przyzwoitej pracy. Nieudaną, gdyż niskie zarobki w połączeniu z licznymi zajęciami zniechęcały w sytuacji, gdy za jednorazowy kontakt seksualny można była dostać nieraz równowartość półrocznej pensji służącej.

Lepkie ręce.

Klientów okradały nie tylko kobiety trudniące się samodzielnie nierządem, ale także pracownice nielegalnych domów uciech, tak z polecenia właścicielki przybytku, jak i na własny rachunek. W „Przewodniku warszawskim” czytamy np., iż rajfurka Dębska: „ma trzy dziewczyny i Żydówkę ładną/Co nie wyłudzą za dupę pieniędzy/To resztę pewnie z kieszeni ukradną”.

Sam nierząd nie był uważany za przestępstwo. Represjonowano tylko nierządnice pokątne i okazjonalne, z których zarobku kasa miejska nie czerpała korzyści finansowych. Po odbyciu kary więzienia i chłosty kobietę uznaną za prostytutkę zazwyczaj uroczyście wyrzucano z miasta. Do interwencji skłaniały władze porządkowe raczej przewinienia towarzyszące prostytucji oraz zbyt jawne stosunki ze światem przestępczym. A te były nieuniknione, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż przeważająca część przestępców z racji trybu życia nie posiadała rodzin. Dodatkowo te dwa światy zbliżało do siebie piętno społecznej hańby.

Posiadanie przez utrzymankę możnego protektora stanowiło gwarancję braku zainteresowania służb porządkowych. Co więcej, nawet jeżeli takowa córa Koryntu trafiła wskutek utraty protekcji do ratusza, to jeśli posiadała dość środków, mogła łatwo wykupić się z aresztu. Taki warunek miał być postawiony, wedle „Przewodnika Warszawskiego” Annetce Szmalskiej przez kata, który jej zaproponował, iż: „Jeśli dukatów sto wezmę, ma pani/To cię wypuszczę. Znasz skutki ratusza/Tameś ćwiczona, już to nie raz ani/Nie dwa. Wiesz, co tam cierpiała twa dusza” .

Złoty interes kasztelana.

Organizowaniem prostytucji pod pozorem publicznej łaźni zajął się nawet Jacek Jezierski, kasztelan łukowski i senator, o którym Schulz pisał, że: „w pewnych godzinach stara się o to, aby gościom samotnym na miłym towarzystwie po gabinetach i na galerii nie zbywało”.

Posiadanie nielegalnego domu publicznego było opłacalne także dla pomniejszych właścicieli, utrzymujących zazwyczaj nie więcej niż cztery podopieczne. Wśród nich przeważały jednak kobiety mające znacznie lepszy od mężczyzn dostęp do poszukujących pracy młodych dziewcząt.

Opieka rajfurek bywała niezbędna do zachowania pozorów i ochrony przed okrucieństwem klientów, choć kobiety nierządne niechętnie poddawały się takiej niewoli. Z drugiej strony liczne nadużycia wobec pracownic domów nierządnych i praktyka ich zadłużania nieraz uniemożliwiały odejście z zawodu. Wedle słów podróżnika nie mogły one „rozporządzać sobą, przyjmować mężczyzn lub odwiedzać ich bez zezwolenia swej pani (…) zawsze są w długach, te czynią je zawisłymi i kontrola osoby i dochodów prowadzi się jak najściślejsza...”.

Z reguły każda samodzielna prostytutka wcześniej czy później znajdowała sutenera. Niektórzy z nich miewali rozległe kontakty ze światem przestępczym. Dom publiczny często bywał pierwszą lokalizacją, do której ruszał złodziej po dokonaniu kradzieży, stąd władze miejskie mogły traktować to miejsce jako cenne źródło informacji.

Prostytucja była chyba jedyną formą działalności gospodarczej, której nie godziło się głośno reklamować. Metody walki o klientów bywały różne. Poczynając od wystawania w oknach i na ulicach, kończąc zaś na czymś, co w dzisiejszych czasach określilibyśmy mianem marketingu szeptanego, jako że posługiwano się opłacanymi służącymi po gospodach, których za rekomendację wynagradzano proporcjonalnie do zysku.

Nie da się ustalić wysokości przeciętnych zarobków prostytutki nie tylko ze względu na wysokość procentu pobieranego przez właścicieli domów publicznych i sutenerów, ale przede wszystkim z powodu rozwarstwienia w tej grupie zawodowej. Czasem za opłacenie stosunku w przypadku najniższej kategorii nierządnic wystarczał kieliszek wódki. Kariera niejakiej Józefki zaczęła się od tego, że straciła: „z książęciem czysty stan niewieści/Który z jej własnej chęci był stracony/Za sumę złotych czerwonych trzydzieści”. Dalej, jak opisywał jej koleje losu Antoni Kossakowski: „brała półzłotki, złotówki najwięcej”. Los jej odmieniła inwestycja w odpowiednie ubiory i praca w teatrze, dzięki której zainteresował się nią kolejny książę, który: „wziął ją do siebie za kurwę nadworną”.

Klientela prostytutek była równie zróżnicowana, choć nigdy nie była potępiana w równym stopniu, co one same. Schulz poświadczał m.in.: „mnogość młodzieży napływającej do kancelarii, do wojska, do kantorów kupieckich, do biur itp., silny przypływ szlachty z prowincji”. A dalej: „w wyższym towarzystwie weszło prawie w obyczaj, że ludzie zamężni, wdowcy, kawalerowie szukają rozrywki w tych stosunkach i liczba utrzymywanych w czasie sejmów lub większych zjazdów szlachty jest bardzo znaczna”.

Choroba warszawska.

Największym zagrożeniem czyhającym na potencjalnych klientów prostytutek były choroby weneryczne. Jak pisał podróżnik i lekarz niemiecki Joseph Johann Kausch: „niemożliwością jest, aby wszystkie te dziewczęta, przy zupełnym braku urzędowej kontroli, wcześniej czy później nie zaraziły się syfilisem”.

Brak kontroli oznaczał brak systemu badań prostytutek, którego celem miało być kierowanie zarażonych do szpitali. Pomysł ten ze względu na dbałość o stan zdrowia wojska został w Warszawie niekonsekwentnie wprowadzony w życie dopiero w XIX w. O tym, jak wielkim miałoby być to problemem jeszcze w XVIII w., świadczą dane lekarskie, wedle których: „na stu rekrutów w zeszłym roku [1792] w Warszawie przypadało osiemdziesięciu chorych wenerycznie”.

Najgroźniejszy (bo nieuleczalny aż do drugiej wojny światowej) był syfilis, zwany też kiłą oraz, jak pisał wyżej wymieniony autor, „chorobą warszawską, obok pospolicie w mowie potocznej używanej nazwy franca”. Chorych na syfilis leczono w szpitalu św. Łazarza przy ulicy Mostowej, w którym panowały ponoć warunki tak straszne, że chorzy woleli ukrywać chorobę, niż narażać się na wysłanie do szpitala. Osoby zamożne leczyły się oczywiście u zaprzyjaźnionych lekarzy.

Jedynym środkiem ochrony przed zarażeniem była ostrożność klienta. Nie dziwne więc, że autor „Przewodnika” apeluje do swojego potencjalnego czytelnika: „Nie obłapiaj, aże/Da Ci pomacać, nagotuje wody/Ręcznika, gąbki, i piczkę pokaże/Dopiero chędoż, zlustrowawszy wprzódy”.

Syfilis leczono rtęcią, która likwidowała jedynie skutki zewnętrzne w postaci np. guzów, ale groziła licznymi powikłaniami, ze śmiercią włącznie. Jak pisał Kausch: „U większości naszych młodych panów nacieranie rtęcią stanowi pierwszy krok w ich przygotowaniach do małżeństwa”.

Równie nieskuteczny i niebezpieczny był ludowy sposób leczenia chorych, polegający na zakopywaniu ich po szyję w nawozie. Taki też finał życia dla kobiet nierządnych przewidywał podróżnik, pisząc, że: „częściowo z niedbalstwa, częściowo z biedy (...) roznoszą zarazę, a same bądź nie używają żadnych środków ochronnych, bądź stosują co najwyżej półśrodki, dopóki choroba nie osiągnie najwyższego stopnia złośliwości (...) wreszcie kończą one swoją drogę życiową, dosłownie na kupie gnoju”.