POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 57

Kultura

Aneta Kyzioł

Tango w fajnym świecie

Jerzy Jarocki wrócił do tej sztuki Sławomira Mrożka po 44 latach. W zrealizowanym w Teatrze Narodowym spektaklu próżno szukać Mrożkowego humoru.

Przedstawienie sprzed lat w krakowskim Starym Teatrze – jeszcze było śmiesznie, chociaż nie tak bardzo jak w równoległej – mocno groteskowej – realizacji Edwina Axera w warszawskim Współczesnym. Już wtedy na plan pierwszy wysuwał się Artur i jego bunt przeciw światu bez formy i nerwowe poszukiwanie idei, która zbawi ludzkość, a świat wepchnie na właściwe tory. Krytycy pisali peany na cześć Jana Nowickiego grającego młodego Artura. Dziś na podobne hołdy zasłużył Marcin Hycnar. Jego Artur jest płaczliwym chłopcem w garniturze, ze skórzaną teczką i włosami na wazelinę. Jego bunt tylko o tyle jest wymierzony w rodziców, o ile są oni symbolami cywilizacji rozpiętych, wyluzowanych, cool, wiecznych chłopców i dziewczynek, którzy kiedyś bawili się lalkami i samochodzikami, a teraz bawią się w życie. „Koledzy się ze mnie śmieją” – wyznaje w pewnym momencie. I z coraz większą determinacją stara się odbudować świat, w którym byłby traktowany serio. Chce dorosnąć, tylko nie wie jak.

Wzorców nie dostarczają zatrzymani w czasie rodzice: zajęty tworzeniem teatralnych instalacji Stomil (Jan Frycz) i przechodząca tanecznym krokiem od jednej jogicznej asany do drugiej Eleonora (Grażyna Szapołowska). A kolejne pokolenie – babcia Eugenia (Ewa Wiśniewska) i wuj Eugeniusz (Jan Englert) – chce tylko, żeby zostawić ich w spokoju. Jedynym wyjściem w tej sytuacji wydaje się sięgnięcie do tradycji. Odgrzebanie i reaktywowanie jakiegoś rytuału przejścia, rite de passage, który w czasach, gdy dorastanie było jeszcze możliwe, przemieniał chłopca w mężczyznę. Ślub z całym jego ceremoniałem i nieodwracalnością wydaje się idealny.

Jarocki poszedł za sugestią Mrożka, który wielokrotnie powtarzał, że groteska w „Tangu” jest ornamentem, sam temat jest poważny. „Tango” w Narodowym jest grane bardzo serio, czasem zresztą żal Mrożkowego kapitalnego wyczucia absurdu, jego genialnie śmiesznych dialogów, w pień wyciętych przez reżysera. Jesteśmy blisko „Ślubu” Gombrowicza, nie tylko z powodu podobnych motywów pojawiających się w obu sztukach. Ta sama siła uderzenia, stężenie znaczeń i uczucie rozpaczy.

Jarocki z postaci „Tanga”, zwykle granych groteskowo, nieco karykaturalnie, stworzył ludzi z krwi i kości – przydał im tzw. substancji ludzkiej. Na randze zyskali zwłaszcza rodzice. Teatr Stomila nieco jest archaiczny, wiele ma wspólnego z eksperymentami formalnymi lat 60., ale tematy, z którymi się mierzy, są ważne, żadne wątpliwe kukiełkowo-pacynkowe czary-mary, jak chciał Mrożek. Podobnie nie sposób pobłażliwie traktować Eleonory. Piękna kobieta w sile wieku, której czegoś w życiu brakuje, joga jest dla niej tym, czym sztuka dla Stomila. Takie ustawienie bohaterów pozwoliło wyrównać układ sił: konserwatysta Artur zyskał poważnych adwersarzy, a sztuka, przynajmniej w pierwszej części, stała się rodzajem dramatu racji.

W przerwie widzowie, dotąd usadzeni na rozmaitej proweniencji krzesłach wokół salonu Stomilów, muszą udać się do kasy po bilety, by w drugiej części, ku zadowoleniu wuja Eugeniusza, usiąść, jak w normalnym teatrze, na widowni, w numerowanych fotelach. Ład i porządek. Rodzina w pachnących naftaliną kostiumach, kuzynka Ala (Kamilla Baar) w sukni ślubnej, z welonem. I tylko treści nie przyszły. W dobie rozwodów i kombinowanych rodzin małżeństwo nie jest już żadnym rytuałem przejścia w dorosłość i powagę. Do zmiany trzeba czegoś większego. Idei. Która połączy bunt i porządek. Władzy.

Kluczowy monolog Artura jest brutalną karykaturą monologów romantycznych – Konrada, hrabiego Henryka, Kordiana na Mont Blanc. Pragnienie objęcia rządu dusz zmienia się w jawną chęć chwycenia za mordę, narzucenia swoich racji siłą. Bezsilność przeradza się w dyktaturę. Artur zaprowadzi ją przy pomocy prymitywnego osiłka Edka (Grzegorz Małecki) i z jego ręki zginie. Śmierć Artura niewiele zmieni. Stomil dalej będzie prowadził swoje eksperymenty, Eleonora będzie zastygać w pozycjach jogi. Może tylko Ala będzie sobie wmawiać, że Artur jako jedyny poważnie ją potraktował. „On mnie kochał. Nikt mi tego nie odbierze” – powtarza nad jego trupem i to może brzmieć jak zapowiedź jakiejś zmiany.

Spektakl Jarockiego podejmuje jeden z najważniejszych problemów naszych czasów. Jak dojrzeć w kulturze, która promuje cechy dziecka: radosność, otwartość, bezrefleksyjność. Gdzie pragnienie powagi jest obciachem, a dojrzałość, podobnie jak starość – obelgą. Wydaje się, że młodzi ludzie mają problem z rzeczywistością, którą wywalczyli także dla nich ich rodzice. Powodzenie książek i filmów o II wojnie światowej i tłumy w Muzeum Powstania Warszawskiego to nie tylko wyraz patriotyzmu młodych. Stoi za tym także zazdrość za czasem, w którym wojna, walka wyznaczały prostą cezurę między czasem dzieciństwa a dorosłością. Chłopcy stawali się mężczyznami, dziewczynki – kobietami. Coś ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]