POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 32 (3122) z dnia 2017-08-09; s. 32-33

Społeczeństwo

Agnieszka Sowa

Trafiony czy zatopiony?

„Oceanograf”, najnowocześniejszy statek naukowo-badawczy w basenie Morza Bałtyckiego, od siedmiu miesięcy stoi bezużyteczny w stoczniowym doku. A polskim badaczom do ekspedycji został ponton „Wikuś”.

Wybudowany za pieniądze podatników katamaran „Oceanograf”, wart ponad 30 mln zł, zwodowany już dwa lata temu i ochrzczony w czerwcu zeszłego roku przez prezydentową Gdyni Barbarę Szczurek, przeszedł pomyślnie próby w morzu. – Gdyby to ode mnie zależało, wołam kapitana i za pół godziny wypływamy – mówi inż. Andrzej Rachwalski, kierownik projektu „Oceanograf” w stoczni Nauta, która statek zbudowała na zlecenie Uniwersytetu Gdańskiego.

Pytanie tylko, którego kapitana, bo statek ma dwóch. Jednego zatrudnia stocznia, a drugiego uczelnia. Do tego jest załoga. Stocznia ma jeszcze pierwszego oficera i marynarza; sześcioosobowa załoga łącznie z kapitanem kosztuje uczelnię co miesiąc 97,5 tys. zł. Statek jest gotowy pod klucz. Kajuty dla 20 osób umeblowane, w kuchni, pralni i suszarni – wszystkie sprzęty. Jest nawet frytkownica. I magazyn z wytwornicą lodu. Oraz multimedialna sala dydaktyczna z dostępem do internetu plus cztery laboratoria – mokre, pomiarowe, sterylne i termostatyzowane – z kompletną aparaturą badawczą. Nawet szatnia dla nurków z suszarką na buty, która nie dmucha, a wciąga powietrze, żeby nie śmierdziało. Na pokładzie gęsto jest od dźwigów, żurawi, bramownic, wciągarek trałowych – wszystkie te urządzenia służą do pozyskania materiału badawczego. Są niezbędne do połowu włokami dennymi i pelagicznymi, sieciami stawnymi czy planktonowymi. Do tego statek wyposażony jest w echosondy, sonary, sondę wielordzeniową, urządzenie do badania oświetlenia nad i pod wodą, profilomierz osadów dennych, zdalnie sterowany pojazd podwodny, a nawet stację meteorologiczną, optyczny licznik planktonu i w wiele innej specjalistycznej aparatury. Jednak nie zanosi się, by katamaran miał odbić od brzegu. Choć rektor UG interweniuje w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a stocznia chce zobaczyć swoje dzieło na wodzie, to długo jeszcze może to nie nastąpić, bo w sprawę, poza dużymi pieniędzmi, wdała się wielka polityka.

Pierwszoplanowy spór o statek toczą uczelnia ze stocznią. Uczelnia twierdzi, że to stocznia nie chce oddać statku. Stocznia, że to uniwersytet nie odbiera: nie podpisuje dokumentów i nie płaci ostatniej kontraktowej raty. Pod koniec ubiegłego roku uczelnia przedłożyła przedstawicielom zarządu Nauty protokół odbioru statku. Został podpisany, ale tylko przez przedstawicieli UG. Stocznia odmówiła i przygotowała własny dokument odbioru katamaranu. – Władze stoczni domagały się uznania przez uniwersytet, że statek został wykonany należycie, w terminie i bez wad, a tym samym nienaliczania kar umownych, co nie było zgodne ze stanem faktycznym – mówi Mirosław Czapiewski, kanclerz Uniwersytetu Gdańskiego.

Bo opóźnień było sporo: „Oceanograf” miał być gotowy w kwietniu 2014 r. Potem kolejnymi aneksami przesuwano terminy. Ostatni, podpisany w marcu 2016 r., przewidywał zakończenie budowy na październik zeszłego roku. Wady również były. W jednym z protokołów komisja rektorska wymienia aż 41. Więc tym razem to uczelnia odmówiła złożenia podpisu, domagając się na drodze sądowej wydania przez stocznię dokumentów niezbędnych do korzystania ze statku. Jednocześnie złożono do sądowego depozytu ostatnią transzę wynagrodzenia dla stoczni. To samo z przedmiotem sporu, czyli statkiem, zrobiła stocznia. W pierwszej instancji sąd odmówił ustanowienia depozytów. Strony odwołały się i sąd drugiej instancji odmówił stoczni złożenia statku do depozytu. W sprawie pieniędzy jeszcze nie zajął stanowiska.

Poza ostatnią kontraktową transzą (wyższą o ok. 4 mln niż suma, jaką chce zapłacić uczelnia, bo Nauta kwestionuje potrącenia za niedotrzymanie terminu i liczne wady statku) stocznia ma jeszcze inne roszczenia. Chodzi o ok. 16 mln zł, o które podrożał statek w trakcie budowy. A to dlatego, że wydłużył się o jedną czwartą. Miał mieć 40 m, ma 49,5. Podobno nie było innego wyjścia. Po przeprowadzeniu badań modelowych w Centrum Techniki Okrętowej w Gdańsku, gdzie zbudowano z drewna dokładny model „Oceanografu” w skali i testowano go w basenie, okazało się, że dziób idzie pod wodę. By zapewnić pływalność, trzeba było jednostkę wydłużyć. Zdaniem uczelni za te dodatkowe metry powinien zapłacić wykonawca, czyli stocznia. – W umowie zawartej w trybie ustawy o zamówieniach publicznych jest wyraźny zapis, że wynagrodzenie jest ryczałtowe i wykonawca nie może żądać jego podwyższenia – mówi Mirosław Czapiewski. – Ma prawo się o nie ubiegać tylko na drodze sądowej. To wszystko są publiczne pieniądze i nie możemy tak po prostu negocjować ceny czy odstąpić od naliczania kar umownych.

Przedstawiciele Nauty próbowali negocjować z uczelnią. A gdy się zorientowali, że nic nie wskórają, do akcji wkroczył Arkadiusz Siwko, ówczesny prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej (w skład której wchodzi Nauta). I ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]