POLITYKA

Sobota, 24 sierpnia 2019

Polityka - nr 21 (2299) z dnia 2001-05-26; s. 3-9

Raport

Joanna Podgórska

Trudno być matką, jeszcze trudniej nie być

Jeśli rodzą za wcześnie, mówi się im, że są niedojrzałe emocjonalnie; jeśli za późno – przypomina o tykaniu zegara biologicznego. Jeśli wkrótce po porodzie wracają do pracy, czują się winne, że zaniedbują dziecko; jeśli nie wracają, czują się winne, że nie realizują wzorca kobiety nowoczesnej i zaniedbują siebie. Jeśli nie rodzą wcale, społeczeństwo stawia je pod pręgierzem i oskarża o egoizm. Trudno w Polsce być matką, ale chyba jeszcze trudniej nie być. Przemiany cywilizacyjne i kulturowe sprawiły, że kobiety gorzej radzą sobie z macierzyństwem. Mają ogromne oczekiwania związane z pojawieniem się dziecka. W książkach i pismach czytają, że trzeba poświęcić mu mnóstwo czasu, a jednocześnie są przyzwyczajone poświęcać czas sobie. Chcą doświadczyć macierzyństwa nie rezygnując z własnych potrzeb. Nie godzą się na całkowite oddanie, buntują przeciwko przypisanej od pokoleń roli. Współczesne matki-Polki: znękane, ale bardzo dzielne.

30 proc. młodych matek cierpi na depresję poporodową, a łagodniejsza jej forma – baby blues, dotyka 70 proc. Nie jest to więc zjawisko marginalne. Przyczyną są nie tylko szalejące hormony, ale także samotność i zagubienie w nowej roli. Nie ma już wielopokoleniowych rodzin, w których dziewczyna, opiekując się młodszym rodzeństwem albo dziećmi starszych sióstr, w sposób naturalny uczyła się macierzyństwa. Dla wielu współczesnych kobiet jedynym doświadczeniem tego typu jest lalka z dzieciństwa. Zostają sam na sam z własnym dzieckiem i odchodzą od zmysłów. Jednocześnie stereotyp matki-Polki nie pozwala przyznać: nie wiem, nie umiem, boję się.

Matka udomowiona

Miało być jak w reklamach: niemowlę śpi albo się uśmiecha, a zadbana kobieta wśród powiewających firanek smaruje je oliwką. Podręczniki przekonywały, że najedzone dziecko, które ma sucho, nie płacze, że karmienie piersią to czysta przyjemność.

Czułam się potwornie oszukana. Nikt nie ostrzegał, że piersi będą twarde jak kamienie, a razem z mlekiem będzie płynąć krew – wspomina ...

Krótka historia macierzyństwa

Instynkt macierzyński to mit. „Jaką wartość ma pojęcie natury, skoro najwyraźniej zmienia się w zależności od kultury i wykształcenia?” – pisze francuska antropolog Elisabeth Badinter w książce „Historia miłości macierzyńskiej” (we Francji wydanej w 1980 r., u nas 18 lat później). Gdy wygłosiła te obrazoburcze twierdzenia, rozpętała się burza, zakwestionowała bowiem coś, co nie tylko dotyczy każdego człowieka, ale przez wieki uchodziło za dogmat. „Wieki? – pyta Badinter. – Tak, przez ostatnie dwa wieki”.

Przytacza dane i relacje, które brzmią dziś makabrycznie. Na 21 tys. dzieci rodzących się w Paryżu w połowie XVIII w. tylko tysiąc było wychowywanych i karmionych przez matki, resztę oddawano mamkom. Charakterystyczna jest historia Talleyranda, którego oddano mamce już w dniu urodzin. Przez cztery lata jego rodzona matka ani razu go nie odwiedziła, ani nie próbowała się dowiedzieć, czy żyje. Z miast na wieś jechały wozy wypełnione noworodkami, część z nich nie dojeżdżała, bo nieuważny woźnica mógł nie spostrzec, że któreś wypadło. Te, które docierały do celu, całe dnie spędzały owinięte w ciasne powijaki, niemyte, nieprzewijane, głodne, bo biedne wiejskie kobiety brały na wykarmienie po kilkoro. Śmiertelność noworodków była ogromna (średnio ok. 25 proc., a u mamek jeszcze wyższa, dochodząca nawet do 70 proc.). To nie był margines, to była norma, a jeśli tak, to gdzie był wówczas instynkt macierzyński? – pyta Badinter.

Dziecka przez długie wieki nie traktowano podmiotowo. Uznawano je za istotę z natury grzeszną, nieznającą kategorii moralnych, kapryśną, coś w rodzaju zwierzęcia, które trzeba dopiero uczłowieczyć za pomocą tresury (św. Augustyn), a przy tym głupią, bo pozbawioną rozumu i władzy sądzenia (Kartezjusz). Śmierci dziecka nie przeżywano ani nie opłakiwano, chyba że było to usprawiedliwione jego wyjątkowymi zaletami. „Straciłem dwoje czy troje dzieci zmarłych u mamki, nie bez żalu, ale bez irytacji” – pisał Monteskiusz.

A skoro dziecko nie było wartością, to i miłości macierzyńskiej nie uznawano za wartość społeczną czy moralną. Dla XVI i XVII-wiecznych arystokratek dzieci były kłopotliwym ciężarem w towarzystwie. Karmienie piersią uznawały za zajęcie mało eleganckie, wręcz niegodne, zbliżające kobietę do zwierzęcia. Dla kobiet z klas średnich oddawanie dziecka mamce było więc oznaką dystynkcji, dla kobiet z klas niższych – ekonomiczną koniecznością, bo żeby przeżyć, musiały pracować.

Sytuacja zmieniła się dopiero pod koniec XVIII w. Za datę graniczną uchodzi 1762 r. – moment wydania książki Jana Jakuba Rousseau „Emil”, w której tworzy portret dobrej poświęcającej się matki i dziecka, jako istoty, która potrzebuje miłości i czułości. Do tego doszły czynniki obyczajowe i ekonomiczne. Przyszła moda na małżeństwa z miłości, a więc dzieci nie były już efektem kontraktu zawartego między dwiema rodzinami, ale owocem uczucia dwojga ludzi. Rodził się kapitalizm, ludzi zaczęto traktować jako potencjał ekonomiczny i militarny. Liczba ludności stanowiła o potędze państwa i narodu. To było zlecenie dla kobiet. Łatwo zaakceptowały tę sytuację, bo jako matki nabrały znaczenia społecznego i prawa do szacunku. Poczuły się niezastąpione i objęły niepodzielną władzę nad domem. Był to awans, ale zapłaciły za niego dużą cenę. Zgodnie bowiem z XIX-wiecznym ideałem, obowiązkiem matki jest wyrzeczenie, całkowite poświęcenie i ciężka, bezustanna praca. Prawdziwa matka nie ma nigdy wolnej chwili. Nie można być jednocześnie matką i kimś innym. Na ołtarzu macierzyństwa należy złożyć wolność i wszelkie ambicje. Kobiety, które takich poświęceń odmawiały, obłożono klątwą, oskarżano o wynaturzenie i wszelkie społeczne plagi.

Przyczynił się do tego także Freud, który stwierdził, że w naturalnym procesie rozwoju kobiecości początkowe pragnienie posiadania penisa zostaje zastąpione pragnieniem posiadania dziecka. Według niego pełnię człowieczeństwa może kobieta zyskać jedynie dzięki macierzyństwu. Głosił, że wrodzoną cechą kobiet jest masochizm, w bólu znajdują rozkosz, co usprawiedliwia wszelkie cierpienia związane z porodem czy karmieniem. Psychoanaliza obciążyła matki także całkowitą odpowiedzialnością za wszelkie problemy psychiczne dziecka. „Uwięziona w roli matki, kobieta nie będzie mogła już z niej wyjść pod groźbą moralnego potępienia” – pisze Badinter.

Z tym bagażem zmierzyły się feministki. Rewolucja obyczajowa XX wieku otworzyła przed kobietami nowe drogi, uznała ich ambicje, które mogą nie mieć z dziećmi nic wspólnego. Macierzyństwo jest dziś darem, a nie obowiązkiem.