POLITYKA

środa, 17 lipca 2019

Polityka - nr 31 (3171) z dnia 2018-08-01; s. 82-83

Kultura

Janusz Wróblewski

Trzy dekady w La Manchy

„Człowiek, który zabił Don Kichota” powstawał przez 29 lat. Nawet jeśli nie wygląda na film życia Terry’ego Gilliama, to i tak przejdzie do historii kinematografii – jako jeden z najbardziej pechowych.

Niewątpliwie to jeden z najdłużej realizowanych projektów w dziejach kina. – Dręczący jak nocny koszmar, który opuści człowieka dopiero, gdy się zmaterializuje – wzdycha reżyser, tłumacząc, że nie miał innego wyjścia. Musiał doprowadzić do premiery, żeby móc dalej normalnie żyć. Co go skłoniło do udziału w tym wycieńczającym maratonie? Szaleństwo Don Kichota i jego groteskowa, urojona wielkość. Odwieczne starcie cynizmu i marzeń. Zatarta granica między fantazją a rzeczywistością... Gilliam naprawdę wierzy, że jedynie tacy jak on błędni artyści w halucynacjach i porażkach swoich bohaterów mają szansę ujrzeć i przedstawić świat takim, jakim jest naprawdę. A że przypłacą to zdrowiem...

Fanów współzałożyciela legendarnej grupy Monty Pythona zapewne nie zdziwi, że Gilliam uparł się, by nakręcić ekranizację arcydzieła Cervantesa, znając jedynie mit. Przeczytawszy w 1989 r. pierwszy tom książki, zasępił się: „Jezu, to niefilmowalne!”. Niezrażony namówił Charlesa McKeowna, scenarzystę „Brazil”, by wyzwanie jednak podjęli. W ...