POLITYKA

Niedziela, 17 lutego 2019

Polityka - nr 51 (3090) z dnia 2016-12-14; s. 102

Passent

Daniel Passent

Trzymajcie baby z daleka!

Kiedy jesienią 1962 r. przyjechałem na Uniwersytet Princeton, miałem 24 lata i nie posiadałem się ze szczęścia. Jeden z najlepszych uniwersytetów na świecie stał przede mną otworem – zajęcia, jakie chcę, wykłady, jakie mnie zainteresują, książki i czasopisma bez cenzury, „New York Times”, „Kultura” – czego dusza zapragnie!

Jednego tylko nie było – dziewcząt. Najlepsze uczelnie amerykańskie nie były jeszcze wówczas koedukacyjne. Na najlepszych chłopców (tzw. best boys) czekały Harvard, Princeton, Yale, Stanford i inne. Natomiast elita dziewcząt uczęszczała do swoich college’ów: Vassar, Smith, Sarah Lawrence. Otoczenie, jakie zastałem w Princeton, było całkowicie męskie – żadnych studentek, żadnych wykładowczyń, żadnych profesorek, ba, nawet woźny – Afroamerykanin, który sprzątał nasze jednoosobowe pokoje – był mężczyzną. Takie to były czasy. Wśród chyba setki doktorantów, którzy mieszkali w Graduate College, był tylko jeden Afroamerykanin i ani jednej dziewczyny. Owszem, przybierał na sile ruch przeciwko segregacji rasowej, ale mnie w tym wspomnieniu interesuje płeć, a nie rasa.

...