POLITYKA

środa, 26 czerwca 2019

Polityka - nr 41 (2266) z dnia 2000-10-07; s. 3-9

Raport / Prezydent 2000

Janina ParadowskaAgnieszka Zagner  [wsp.]

Trzynastu na głowę

Trzeci raz wybieramy prezydenta w wyborach powszechnych, po trzech zupełnie różnych kampaniach. Pierwsza przebiegała pod rzuconym przez Lecha Wałęsę hasłem przyspieszenia, które podważało sens polskich przemian gospodarczych i awansowało do drugiej tury Stanisława Tymińskiego, przybysza znikąd. W drugiej udało się ożywić podział na dwie Polski – postsolidarnościową i postkomunistyczną; i Lech Wałęsa zmagał się z Aleksandrem Kwaśniewskim, by ostatecznie tylko nieznacznie z nim przegrać. W trzeciej, wobec wielkiej przewagi urzędującego prezydenta, wyzwaniem stało się nie tyle zdobycie prezydentury, ile sam udział, chęć doprowadzenia do drugiej tury, policzenia się przed bliskimi wyborami parlamentarnymi lub stworzenia nowych obozów politycznych. Choć główni kandydaci w swoim „ostatnim słowie” (adresowanym specjalnie do czytelników „Polityki”), wciąż przekonują, że te wybory są naprawdę ważne.

Do prezydenckiej rywalizacji stanęło 13 kandydatów z pierwszej i drugiej politycznej ligi, a także takich, którzy w żadnej lidze się nie mieszczą. Nie mieszczą się także w wyobrażeniach Polaków o prezydencie RP. Zdaniem wyborców (badanie przeprowadziła Pracownia Badań Społecznych) kandydat na prezydenta powinien być elokwentny, wykształcony, znać języki obce, być uczciwy, prawdomówny, rzetelny i godnie reprezentować kraj. Nie musi być natomiast typem przywódcy politycznego. Zdaniem większości wyborców (potwierdzały to wszystkie kolejne sondaże opinii publicznej) temu wizerunkowi najbardziej odpowiada Aleksander Kwaśniewski i to niezależnie od tego, czy w swej ankiecie napisze, że ma wykształcenie wyższe czy średnie, czy zawsze mówił prawdę, czy zdarzały mu się mniejsze lub większe wpadki, gdy idzie o godne reprezentowanie kraju. Swą pięcioletnią kadencją Kwaśniewski trafił w oczekiwania znacznej części wyborców, którzy chcą prezydentury spokojnej, rzeczowej, mało uwikłanej w bieżące rozgrywki polityczne. Tak więc Marian Krzaklewski może podkreślać autentyczność swego doktoratu, a znaczna część opinii ...

Jarosław Kalinowski:

Mieliśmy już prezydenta, który swą energię i pomysłowość przejawiał głównie w wywoływaniu waśni i „wojen na górze”. Mamy prezydenta, który – nie chcąc iść w ślady poprzedniego – unika interwencji, nawet tych oczekiwanych przez obywateli.

Dlatego mówię: czas na zmiany. Czas na spokojną, ale aktywną prezydenturę. Prezydent to głowa państwa, ale to nie tylko honorowa i bierna funkcja najwyższego przedstawiciela. Prezydent to strażnik konstytucji, to arbiter ponad partiami i siłami politycznymi, pozostawiający „wolną rękę”, gdy sprawy państwa toczą się dobrze, i interweniujący, gdy idą źle. Prezydent to organ działający na zasadzie: szanuje swoje uprawnienia konstytucyjne (państwo prawa), ale wykonuje je z pozytywną interpretacją działań dla dobra państwa, nawet gdy będzie narażony na krytykę.

Uwzględniając powyższe mój program prezydencki dotyczy wszystkich ważnych spraw kraju, w którym ludzie, praca i edukacja są najważniejsze. Opowiadam się za zdecydowanie bardziej aktywną rolą prezydenta. Trwająca od 10 lat rywalizacja pomiędzy Urzędem Prezydenta, rządem i parlamentem nie rozwiązuje najważniejszych problemów ludzi. Dlatego czas na zmiany. Kultura polityczna, zasady współżycia społecznego, jakość życia to wyznaczniki działania i postępowania. Te zasady są konieczne dla twórczych i aktywnych działań prezydenta jako głowy państwa. Jest moją niezłomną wolą zasady te wypełniać w służbie Narodu i Polski.

Marian Krzaklewski:

Kiedy w 1980 r. na polskim Wybrzeżu rozpoczęły się strajki, nikt nie przewidywał, jakie przełomowe skutki dla Polski przyniosą one ze sobą. Wtedy po raz pierwszy obudziliśmy się ze snu o wiecznym systemie dobrobytu komunistycznego. Siła prostych więzi międzyludzkich była tak silna, że zdolna była obalić mury systemu, który na swoje potrzeby miał do dyspozycji potężny aparat terroru i propagandy.

Od tamtej pory ludzie Solidarności zawsze stawiali na siłę więzi społecznych. Główną naszą troską stała się rodzina – miejsce nawiązywania pierwszych relacji i wzrastania w kontaktach z ludźmi każdego z nas. Wyznacznikiem naszych dążeń stało się przekonanie, że mocne rodziny to mocny naród.

Aby polskie rodziny mogły być silne, skoncentrowaliśmy się na walce o wolność, która została bezkrwawo wywalczona w 1989 r., a umocniona wstąpieniem do NATO w 1999 r. Dzięki wdrożeniu zmian administracyjnych w kraju umocniona została samorządność i wpływ rodzin na swoje bezpośrednie otoczenie. Wreszcie skoncentrowaliśmy się na oddaniu rodzinom własności, której zostali pozbawieni przez aparat komunistycznego reżimu. Przeprowadzenie uwłaszczenia narodowego jest wymogiem tych czasów.

Dziś te same siły, które kiedyś zniewalały, pozbawiały majątku prywatnego i wpływu na losy kraju, stawiają opór procesowi odnowy. Ale tak jak przed dwudziestu laty, tak i teraz idea solidarności zwycięży. Bo solidarność to najlepszy lek na bolączki przyszłości. System, który niegdyś uważał się za dobroczynny i opiekuńczy, w rezultacie przyniósł na świat miliony ludzkich tragedii. Dlatego jeśli ma spełnić się sen ojców założycieli zjednoczonej Europy, jeśli mają zamilknąć lokalne konflikty, jeśli mamy poczuć się znów u siebie – musimy postawić na solidarność. Jako kandydat na prezydenta RP deklaruję, że doprowadzę do końca proces przemian, jaki rozpoczął się w 1989 r.

Aleksander Kwaśniewski:

Jako prezydent starałem się łączyć ludzi w rozwiązywaniu polskich spraw, w poczuciu społecznej wrażliwości na ich problemy organizowałem wspólne myślenie i działanie. Dzięki poparciu obywateli mogłem być prezydentem skutecznym, pracować w poczuciu wspólnoty celów i przy społecznej akceptacji moich działań. Polska ma wszelkie cechy, aby stać się krajem, gdzie nadzieje na lepszą przyszłość będą przezwyciężać obawy i niepokoje. Jednak do zrobienia pozostało jeszcze bardzo wiele.

Co i jak zrobić przedstawiam w swojej deklaracji. Zawiera ona w największym skrócie program kolejnej prezydentury. Program, który na podstawie doświadczeń mijającej kadencji, tysięcy rozmów i listów – także tych przeprowadzonych i nadesłanych w kampanii wyborczej – odpowiada na wyrażane przez ludzi troski i niepokoje. Wyznacza cele, które możemy wspólnym, zgodnym wysiłkiem osiągnąć.

Razem chcemy, by łatwiej było o pracę, a życie było bezpieczniejsze. Chcemy Polski zasobnej i zamożnego społeczeństwa. Chcemy państwa sprawnego i stabilnego, w którym wypracowany dochód dzielony będzie sprawiedliwie. Chcemy Polski szanowanej w świecie i nowoczesnej. Jestem przekonany, że jest to możliwe, że Polska stanie się domem nas wszystkich, domem, w którym reformy są dobrze przygotowane i kompetentnie przeprowadzane, w którym sprawnie działają sądy, ludzie czują się bezpiecznie, a chorzy mogą liczyć na szybką pomoc lekarzy. Gdzie politycy są profesjonalni i odpowiedzialni za swe działania. Gdzie młodzi ludzie startujący w dorosłe życie mają równe szanse. Wierzę w nas, Polaków. Pokazaliśmy ostatnio, że potrafimy połączyć marzenie z ciężką pracą, odwagę z realizmem, gotowość do poświęceń z umiejętnością odnoszenia sukcesu.

Prezydent ma jasno określone kompetencje konstytucyjne, lecz w moim rozumieniu wpływ tego najwyższego urzędu Rzeczypospolitej powinien być szerszy niż formalne zapisy ustawy zasadniczej. Powinien polegać na pobudzaniu władz państwowych, samorządów, środowisk zawodowych do rozwiązywania najważniejszych polskich problemów, inspirowaniu spojrzenia na nasze wspólne sprawy wynikające z poczucia wrażliwości społecznej.

Polsce potrzebny jest zatem taki prezydent, który łączy, a nie dzieli. Prezydent, który chce i potrafi współdziałać z każdym rządem, jest rzecznikiem społecznej solidarności i promotorem społeczeństwa obywatelskiego. Działa na rzecz wzrostu gospodarki i dobrobytu obywateli. Zabiega o silną pozycję międzynarodową Polski i jej bezpieczeństwo. Wiem z własnego doświadczenia, że prezydent może i powinien działać w takim właśnie kierunku. I wiem, jak to robić! Dlatego mogę uczciwie obiecać dobrą i skuteczną prezydenturę drugiej kadencji.

Andrzej Olechowski:

Prezydent może mało i równocześnie wiele. Konstytucja odsuwa go wprawdzie od bieżącej polityki, ale może jednak wnieść istotny wkład w nasze starania o stworzenie skutecznego i sprawiedliwego państwa. Co zatem chciałbym i mógł zrobić jako prezydent RP? Wiele, gdyż wciąż wiele jest pilnych zadań. Ale przede wszystkim chciałbym osiągnąć trzy cele: unowocześnić i upowszechnić edukację, uwolnić tworzenie miejsc pracy i zmarginalizować korupcję.

„Umiem, więc jestem” – takie będzie motto nowego wieku. Edukacja jest zatem w życiu człowieka sprawą najważniejszą. Winna być też najważniejsza dla państwa. Dziś niestety nie jest. Potrzeba nam programu na miarę Komisji Edukacji Narodowej, który przygotuje Polaków do wyzwań XXI wieku. Na czele naszego wysiłku na rzecz takiego programu stanąć muszą ludzie starannie wykształceni, znający świat, pozbawieni ideologicznych uprzedzeń. Jestem takim człowiekiem.

Pytamy więc: jak sprawić, żeby nie było zwolnień, jak utrzymać ludzi w pracy? To są źle postawione pytania. Trzeba pytać: dlaczego brakuje przedsiębiorców gotowych zatrudnić bezrobotnych, zarobić na nich, dlaczego nie powstaje dość nowych miejsc pracy? I odpowiedzieć – ponieważ utrudniają to przepisy. Musimy usunąć bariery dla przedsiębiorczości, usprawnić rynek pracy, obniżyć i uprościć podatki. Działania te koordynować powinni ludzie znający gospodarkę z praktyki, a nie z gazet i przepisów, kierujący się wiedzą i doświadczeniem, a nie polityczną taktyką i partyjnym kompromisem. Jestem takim człowiekiem. Korupcja jest dziś w odczuciu społecznym zjawiskiem powszechnym. Ta plaga sięga większości obszarów życia – gospodarki, polityki, stosunków między ludźmi. Dlatego pokonanie korupcji, przywrócenie państwu uczciwości, musimy uznać za jedno z najważniejszych naszych zadań. Podołać mu mogą tylko ludzie niezależni, wolni od długów wobec partii i długów swoich partii wobec układów, w których działają. Jestem takim człowiekiem. W tych wyborach – jedynym. W swoim życiu pracowałem dla państwa wówczas, gdy to ja byłem mu potrzebny, a nie ono mnie. Dziś byłbym państwu przydatny. Dlatego uczestniczę w tych wyborach.

Lech Wałęsa:

Od lat pracuję tylko dla Polski. Także w tej kampanii prezydenckiej. Już w grudniu 1999 zaproponowałem więc porozumienie, które mogło prowadzić do wielkiej wspólnej pracy obozu wolnościowego i ożywić debatę publiczną. Byłem i jestem przekonany, że z takiej debaty środowiska, które przyniosły wolność Polsce, wyjdą zwycięsko. Niestety, ta propozycja została bezsensownie odrzucona. Nie urządzałem igrzysk, festynów i koncertów. Prowadziłem trudną dyskusję z narodem, bo jako państwo i jako naród stoimy przed poważnymi wyzwaniami, których podjęcie zadecyduje o miejscu Polski i Polaków w Europie i w świecie u progu III tysiąclecia. Nie obiecywałem przejścia do socjalnego raju. Obiecywałem natomiast szacunek dla wartości, w tym głównie dla prawdy.

Dziękuję wszystkim spośród Was, którzy zechcieli uczestniczyć w moich spotkaniach wyborczych i zapoznali się z moim programem wyborczym. W największym zarysie polega on na stopniowym, krok po kroku, rozwiązywaniu problemów w tzw. filarach państwa, a każdy filar wymaga szybkich rozstrzygnięć legislacyjnych. Dziękuję tym wszystkim, którzy wbrew pomówieniom i kłamstwom, nigdy nie zwątpili o mnie. Dziękuję osobom, które wsparły moją kampanię własnymi talentami, swoim czasem, a także ją sponsorowały.